wakacje są po to, by się uczyć

wakacyjna nauka
Jak to dobrze, że nadeszły dwa miesiące wolne od zajęć szkolnych. W końcu mam czas na to, by w spokoju nauczyć się nowych rzeczy. Myślicie, że zwariowałam? Istnieje takie prawdopodobieństwo, jednak lubię ten rodzaj szaleństwa.

Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Zrozumiem, jeśli część z Was przeciera właśnie oczy ze zdumienia i puka się w głowę, dowiadując się o moich wakacyjnych planach. Nie każdy ma ochotę na “zrobienie czegoś ze sobą”, gdy nie musi (a nawet zdrowy rozsądek podpowiada, że nie powinien), nic w tym złego. Ale ja cieszę się, że w końcu mam chwilę, by móc spokojnie pomyśleć o własnym rozwoju.
Dziesięć miesięcy, pomiędzy wrześniem a czerwcem, zwykle obfituje u mnie w moc atrakcji. Będąc uczciwą wobec Was, muszę nadmienić, że nawet zaplanowałam na ten czas odbycie kilku interesujących mnie kursów (niemal wyłącznie internetowych, z własnej wygody i ekonomii czasu). Niestety, udało mi się ukończyć jeden bądź dwa. Zwykle, po powrocie ze szkoły, nie mam siły/czasu/ochoty/natchnienia (niepotrzebne skreślić) i początkowy zapał umyka chyłkiem.
Tak się jednak składa, że za sprawą programu <eTwinning>, mam w końcu możliwość (i czas!), by poznać wiele interesujących mnie obszarów. Nie dość, że dzięki platformie odbyli się “Stworzeni z wyobraźni”, to jeszcze teraz rozwijam swoje umiejętności pod czujnym okiem trenerów (sądzę, że każdy z Was znalazłby w bogatej ofercie kursów coś dla siebie, więc jeśli jeszcze nie jesteście zarejestrowanymi użytkownikami, koniecznie to zmieńcie).
A kiedy już tak pracuję nad powierzonymi zadaniami, nachodzą mnie przemyślenia związane z planami na nadchodzący rok. Ot, taka metoda klasy odwróconej. Znacie ją? Z grubsza chodzi o to, by uczeń opanował zagadnienia teoretyczne w domu, korzystając z rozmaitych źródeł, a po praktykę przyszedł do szkoły (więcej na ten temat przeczytacie choćby <tu>).
Nie jestem w pełni przekonana do takiego rozwiązania, ale postanowiłam spróbować. A, że przy okazji kursu dotyczącego narzędzi do montowania filmów instruktażowych, niejaką produkcję poczyniłam (możecie ją obejrzeć <tu>) , toteż będzie punkt zaczepienia i element, od którego będziemy mogli zacząć (wymyśliłam, że młodzi ludzie przestudiują nagranie dotyczące rodzajów literackich, a na zajęciach zajmiemy się rozpoznawaniem konkretnych cech w przykładowych tekstach). Zobaczymy jak młodzi ludzie funkcjonują w innych niż zwykle rolach.
A jakie są Wasze plany na wakacje?? Chętnie się też dowiem, czy macie doświadczenia w pracy z metodą odwróconej klasy. Warto? Nie warto? Dajcie znać.
asia krzemińska

fiku miku na patyku, czyli pomysły na patyczkowe drobiazgi

patyczkowe inspiracje

Patyczki laryngologiczne stanowią dla mnie źródło nieustających inspiracji. Tym razem, wspólnie z domowymi dziećmi, postanowiłam sprawdzić całkiem nowe zastosowania ?

Drewniane szpatułki od jakiegoś czasu zajmują dość ważne miejsce wśród moich “pomocników” szkolnych. To dzięki nim mam w zanadrzu kilka kompletów <kaboom!> (nie tylko te, opisane we wpisie ?). Nic zatem dziwnego, że zastanawiając się nad “drewnianym tematem” projektu “Dziecko na warsztat”, postanowiłam sięgnąć po dobrze znany materiał.
Tak się złożyło, że zbliża się zakończenie roku szkolnego i postanowiliśmy przygotować, z pomocą patyczków, propozycje drobnych upominków dla pań z przedszkola i szkoły. Może i Wam któryś pomysł przypadnie do gustu ?

1. Błyszcząca ramka.

Panienka jest wielką fanką wróżek. Ponieważ bardzo jej zależy, by kolorowe dziewczynki mogły ozdobić ścianę, uznałyśmy, że przygotujemy ramki. Do ich wykonania wykorzystałyśmy po cztery szpatułki. Posługując się gorącym klejem, stworzyłyśmy “okienko”, które później przytwierdziłyśmy do tekturki z rysunkiem. Aby całość wyglądała bardziej okazale, córka zarządziła ozdabianie wielobarwnymi kamyczkami. Wyszło pięknie. W sam raz na upominek ?

patyczki

2. Kolorowe bransoletki.

Aby stać się posiadaczem tak wyjątkowej ozdoby, należy namoczyć szpatułki w gorącej wodzie (myśmy wrzucili je do garnka i gotowali około 15 minut). Następnie ostrożnie umieściliśmy patyczki wewnątrz szklanki i czekaliśmy aż dobrze wystygną, by nadać im odpowiedni kształt. Kiedy baza była już wystudzona, sucha i gotowa do dalszych działań, zabraliśmy się na ozdabianie. Kto ma ochotę  stać się posiadaczem tak wyjątkowego dodatku? A może obdarujecie kogoś takim niezwykłym drobiazgiem?

patyczki

3. Unikatowe zakładki.

Bardzo lubimy czytać. Miewamy jednak problemy z zakładkami. Bardzo często zdarza się tak, że gdzieś umykają i wtedy w ich roli występuje to, co znajdzie się akurat pod ręką. Postanowiliśmy wykonać kilka wyjątkowych, osobistych zaznaczaczków. Każdy sam zaprojektował wzór, więc nie ma mowy o podbieraniu nawzajem, czy pomyłce. Mam też wrażenie, że całkiem przyjemnie sprawdzą się jako drobiazg ofiarowany na zakończenie roku szkolnego  ?
A jak sprawy mają się u Was? lubicie tworzyć takie gadżety?
asia krzemińska

Tabliczka mnożenia? Bingo!

bingo

Panicz uczy się tabliczki mnożenia. Znacie ten ból? Ile razy można powtarzać w kółko to samo (wiem: do skutku, tak nas uczono, ale czy trzeba ten schemat powielać?). Lepiej zadziałać sposobem, a wtedy…BINGO! Liczby same wchodzą do głowy ? 

Jak każdy rodzic czasami staję przed zadaniem szkolnym, które wydaje się niewygodne i nużące. Doskonale pamiętam, że kiedy sama miałam zapamiętać tabliczkę mnożenia, byłam z niej wielokrotnie przepytywana przez domowników (nic fascynującego). Czasy się jednak zmieniły i nasza świadomość dotycząca przyswajania wiedzy też. Dlatego własnie staram się, by moje dzieci czerpały z nauki radość (stąd choćby pomysł na lapbooki, które możecie obejrzeć <tu>).
Do iloczynów podeszliśmy nieco inaczej. Postanowiłam wprowadzić element rywalizacji i urządziłam zabawę w BINGO (podobne ćwiczenia prowadziłam kiedyś z uczniami, tyle, że wtedy zależało mi na rodzajach gramatycznych rzeczownika, sami zresztą zobaczcie klikając <tu>).  Nawet nie przypuszczałam, że dziecię tak zapali się do propozycji, że bez względu na późny powrót ze szkoły, wymusi przygotowanie zestawu i rozegranie choćby jednej partii.
Czego potrzebowaliśmy do zabawy? Dwóch przygotowanych wcześniej plansz, na których zapisywaliśmy liczby (zalaminowałam w tym celu  kartki podzielone na dwadzieścia pięć pól), suchościeralnych mazaków, plastikowych zakrętek i zeszytu. Zaczęliśmy od rozpisania w zeszycie działań obejmujących mnożenie dające wyniki od 1 do 50. Następnie, zapisaliśmy wybrane spośród nich liczby na planszach. Na nakrętkach umieszczone zostały składniki działania (np.1×5; 4×3 itd.). 
Przystępując do rozgrywki wrzuciliśmy opisane zakrętki do kolorowej torebki. Kolejno losowaliśmy pojedyncze działania. Jeśli wynik znajdował się na naszej planszy, przykrywaliśmy go zakrętką (pod warunkiem, że potrafiliśmy prawidłowo wykonać mnożenie). Przyznam, że zwykle tego nie robię, ale tym razem pozwoliłam synowi na wygranie kilku rund (głównie dlatego, by zachęcić go do dalszych ćwiczeń). Za każdym razem, kiedy nie potrafił podać wyniku, wspólnie zastanawialiśmy się nad działaniem, ostatecznie doprowadzając do podania prawidłowych iloczynów (główka pracowała, aż miło). Kto by pomyślał, że będziemy spędzać popołudnia na tego typu rozrywkach? I to jeszcze proponowanych przez dziecię ?
Jak sądzicie, przyda nam się jeszcze do czegoś taka gra? Macie pomysły na inne sposoby wykorzystania przygotowanych plansz? 
asia krzemińska
<grajmy>

‘Było sobie życie’, a jakże :D

było sobie życie
©Procidis/Hippocampus

Wiosna to czas, który nie sprzyja siedzeniu przed telewizorem i oglądaniu bajek. Zdarzają się jednak takie dni, kiedy zapraszamy dzieciarnię przed szklany ekran, a wtedy warto zaproponować jej coś wartościowego.

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy jako mała dziewczynka siadałam na kanapie by śledzić losy bohaterów serii: “Było sobie życie”. Do dziś doskonale pamiętam refren piosenki rozpoczynającej każdy odcinek. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że kultowy dla mnie serial kończy własnie trzydzieści lat! Pomyślałam: to niemożliwe, przecież pamiętam te czasy, jakby to było wczoraj.
Tymczasem okazuje się, że świętując tak poważną rocznicę wejścia na ekrany, znalazło się grono ludzi, chcących przywrócić serii dawny blask (trudno bowiem powiedzieć, by przez wszystkie te lata pomysł został zapomniany, co to, to nie). Za sprawą Wydawnictwa Hippocampus zarówno Mistrz jak i pozostali bohaterowie powracają do młodego odbiorcy w zrekonstruowanej wersji i jakości HD. Mamy szansę wybrać się na wędrówkę po zakamarkach ludzkiego ciała, poznać zachodzące w nim procesy, a przy okazji dobrze się bawić.
było sobie życie
©Procidis/Hippocampus
Przyznam szczerz, że dla moich Piskląt nie było to pierwsze spotkanie z bohaterami tej serii. Poprzednie nie były jednak zbyt udane. Tym razem okazało się, że zarówno Panicz jak i Panienka dorośli do śledzenia przygód Piotra, Porucznika PSi, czy Wredniaka. Czekają na kolejne odsłony, a później siedzą jak urzeczeni (nie sądziła, że to możliwe przy różnorodności dostępnych programów). Przyznam, że i mnie wspólne oglądanie sprawia ogromną przyjemność.
A tak zupełnie na marginesie przekonaliśmy się, że film “Było sobie życie” jest odpowiedzią na aktualne zainteresowania i potrzeby Piskląt. Wkrótce bowiem czeka nas wizyta u dentysty i okazało się, że jeden z odcinków wyjaśnia proces psucia się zębów oraz pokazuje co zrobić, by je naprawić i jak zapobiegać dalszemu psuciu. To prawdziwy strzał w dziesiątkę. Pozwala dziecku oswoić czekającą je sytuację, nie strasząc przy tej sposobności, a rzeczowo objaśniając. Tego nam trzeba było!
A czy Wy pamiętacie jeszcze wędrujące wewnątrz ciała krwinki? Czy inni bohaterowie byli Waszymi ulubieńcami? Koniecznie dajcie znać ?
asia krzemińska

młodzi projektanci

mali projektanci
Kończąca się zima i chorujące dzieci to kiepskie połączenie. Szaro, zimno i dwie marudy w domu. Jak przez to przebrnąć?

Ostatnie tygodnie nie rozpieszczały nas pogodowo. To mróz, to chlapa. Idealne warunki do tego, by rozmnażały się zarazki. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw niemoc dopadła Syna, a kilka dni później, również Córkę. Kiedy tylko dzieci poczuły się lepiej, zaczęły się, rzecz jasna, nudzić. Kolejno wykorzystywaliśmy rozmaite pomysły na wspólne spędzanie czasu (zrobiliśmy choćby <ortograficzny dom>).
mali projektanci
Kiedy już wybawiliśmy się ciastoliną i upiekliśmy kredki (zgodnie z przepisem Martyny, który znajdziecie <tu>), doszliśmy do wniosku, że czas na coś naprawdę wielkiego. Postanowiliśmy zabawić się w projektantów mody. Póki co, szycie pozostawiliśmy innym, ale nic nie stało na przeszkodzie, by Pisklęta wykonały własnoręcznie rysunki na koszulkach.
W tym celu wyjęliśmy z szafy dwa białe podkoszulki (zakupione jakiś czas temu i zapomniane ?). Sięgnęliśmy również po “magiczne” mazaki, dzięki którym stworzone kompozycje będą trwałe. I zaczęła się zabawa. Każde z dzieci rysowało, co chciało, więc Panicz ozdobił ubranie postaciami z ulubionej gry, a Panienka wymalowała wielkiego, różowego motyla, który dostał do towarzystwa równie różowego kota (miauczący dachowiec był jednak dziełem Syna) oraz wielkiego kwiata (aby miał gdzie odpocząć).
Bawiliśmy się przednio. Dzieci całe dumne (koniecznie chcą zabrać koszulki na najbliższe zajęcia w przedszkolu i szkole). Popołudnie przyjemnie minęło. Czego chcieć więcej?
asia krzemińska

lektura na całe życie

czytaj z nami

Szkolne lektury posiadają jedną zasadnicza właściwość: dzielą czytelników na tych, którzy je uwielbiają i tych, którzy nie mogą na nie patrzeć. Niektóre pozycje z kanonu podobają się nam, inne wprawiają w osłupienie, a jeszcze inne doprowadzają do sytuacji, w której marzymy by już nigdy nie musieć sięgać po inne teksty określonego autora.

W ramach akcji “Czytaj z nami”, zorganizowanej przez Magdę z <Save the magic moments> w ramach wymiany doświadczeń czytelniczych członków grupy <Przeczytaj i podaj dalej>, zaprosiłam trzy dziewczyny do zaprezentowania ulubionych lektur. Specjalnie dla Was Magda, Marzena i Weronika stworzyły recenzje. Zobaczcie, które ze  szkolnych książek utkwiły im szczególnie w pamięci.
save the magic moments

“Niechaj więc żywi nie tracą nadziei
(…)
A jeśli trzeba na śmierć idą po kolei
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”
Szkoła uczy albo miłości, albo nienawiści do książek. A wszystko zależy nie tyle od doboru literatury, co osobowości nauczyciela. W podstawówce miałam wspaniałą nauczycielkę języka polskiego. Kobieta niezwykła, która nie zamykała się w szablonie, nie zmuszała do jedynej słusznej interpretacji. Sięgała po więcej, pozwalała na więcej. Zachęcała do samodzielnego myślenia, do odnoszenia się do własnych uczuć i emocji. Za to ją kochałam. Nauczyła mnie czytać książki i czerpać z nich radość, ufać swoim odczuciom, a jednocześnie otwierać się na sposób rozumowania innych oraz intencje autora. 

Jak każda kobieta zapytana o najukochańszą lekturę, wymienię “Anię z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. To chyba nie budzi wątpliwości. Nie chciałabym być jednak w tym temacie banalna, dlatego wybrałam pierwszą lekturę, która wywołała we mnie falę nieznanych emocji. Były to niewątpliwie “Kamienie na Szaniec” Aleksandra Kamińskiego. 

Powieść niezwykła, bo nie będąca wytworem wyobraźni autora, a oparta na faktach. Co więcej faktach znanych autorowi. Powieść wybitna, bo wbrew fabule, wzbudzająca optymizm i falę ciepłych emocji zamiast przerażenia i nienawiści. Powieść niewiarygodna w swej prawdziwości. 

“Kamienie na szaniec” to książka ze wszech miar rzeczywista, stanowiąca zapis prawdziwych wydarzeń. To prawdziwy dokument, któremu nadano niezwykle plastyczną formę opowieści. Autor ma nieprawdopodobnie lekkie pióro, pięknie zarysowuje charaktery i dzieje głównych bohaterów. Alka, Rudego i Zośki nie sposób nie pokochać. Problem mam przy wybraniu ulubionej postaci. Nie umiem się zdecydować, który z opisanych mężczyzn przypadł mi najbardziej do gustu, z którym chciałabym się zaprzyjaźnić, który byłby najbliższy mojemu sercu. Są dla mnie nierozdzielni. Niczym święta trójca, gdzie jeden uzupełnia drugiego, gdzie każdy ma wpływ na osobowość i rozwój drugiego. Mentalnie dla mnie nierozłączni. 

Płakałam przy śmierci każdego z nich. Śmierci, która wydawała mi się niesprawiedliwa, bo jak mógł polec tak cudowny człowiek. A jednak właśnie tacy wspaniali ludzie ginęli, choć ich śmierć była czysta i pełna godności, bohaterska. Śmierć, która pozostawiła wielką pustkę, a która stanowiła dowód wielkiego ducha, męstwa, patriotyzmu, poczucia misji. Śmierć przez dzisiejszą młodzież kompletnie nie rozumiana i bezsensowna. 

kamienie na szaniec

“Kamienie na szaniec” dla mnie są przepięknym zapisem życia i śmieci młodych ludzi. Ich rozwoju, nie tylko intelektualnego, ale również świadomości narodowej, poczucia przynależności, niezwykłego hartu ducha, odwagi, męstwa. To przepiękna historia prawdziwej, silnej przyjaźni oraz braterstwa. To historia dojrzewania, budowania więzi i poczucia obowiązku. Pojęć dziś jakże nam dalekich i abstrakcyjnych. To również przepiękna lekcja poczucia polskości, patriotyzmu, odpowiedzialności za los ojczyzny. Prawdziwa lekcja pokory. 

Największą zaletą książki jest niezwykły talent autora do budowania przywiązania do postaci. Ich swojskość, ich realność. Psychologiczne i psychiczne aspekty tej książki są jej niezwykłymi walorami. Sprawiają, że pomimo okrucieństwa i zła czasów II Wojny Światowej, pomimo grozy i bezduszności tych czasów, książka pozostawia w Nas uczucie dumy, wzniosłości, szacunku, podziwu dla poświęcenia młodych ludzi, ich szlachetności i czystości charakterów. Zachwyt nad ich niezwykłością. 

Zapis historyczny Kamińskiego to jedna z piękniejszych i najbardziej wartościowych lektur. Książka, która ma szansę trafić do młodego odbiorcy z najważniejszym przesłaniem, jakim jest miłość do ojczyzny oraz konieczność mądrego i świadomego kształtowania swojego charakteru.

matka puchatka


Lektury szkolne były dla mnie złem koniecznym, które zawsze spędzało mi sen z powiek, rodziło bunt i niechęć. Nie byłam grzeczną dziewczyną, która pilnie odhaczała kolejne rozdziały. Wszystko we mnie rwało się do odkrywania rzeczywistości, ale na drodze ku realnym wędrówkom zawsze stała jakaś Lalka, Krzyżacy czy inne Nad Niemnem. Czytałam bez serca, wspierałam się opracowaniami (wstyd!) i tak organizowałam sobie czas, żeby poświęcać się temu minimalnie, a potem zaliczyć klasówkę i więcej nie zawracać sobie głowy duperelami. Wyciąganie wniosków z tego, co mówili inni, opanowałam niemalże do perfekcji. Trwało to bardzo długo – przez całą szkołę podstawową, aż do końca trzeciej klasy liceum. 

Potem coś we mnie pękło. Nie wiem, czy można mówić tu o ulubionej lekturze szkolnej, bo trudno w stosunku do literatury obozowej użyć stwierdzenia „lubię to”, ale jest taka książka, która całkowicie odmieniła mój stosunek do czytania, otwierając przede mną drzwi do literackiego świata. Opowiem Wam o książce szczególnej, o “Medalionach” Zofii Nałkowskiej; osiem opowiadań, które całkowicie odmieniły mój czytelniczy los. 

medaliony
Zastanawiałam się, jak podejść do tego tematu i postanowiłam, że nie będę rozkładać tego okrucieństwa na części pierwsze. Każde opowiadanie niesie treści, które nigdy nie powinny się wydarzyć. Wszyscy orientujemy się w sytuacji, mniej lub bardziej. Każdy z nas zetknął się lub zetknie z literaturą obozową i chyba nie ma żadnego sposobu na to, by pozostać na te obrazy obojętnym, by przejść nad tym całym cierpieniem i bezwzględnością do porządku dziennego. Nie potrafiłam zrobić tego wtedy, nie potrafię i teraz, a jednak nie żałuję. Weszłam w świat tak dla mnie niepojęty, że kompletnie nie potrafiłam się w nim odnaleźć, wszystkie inne wydały mi się błahe. Tak potężnej dawki emocji – również tych niezwykle pozytywnych, które błyszczały wśród paskudztwa jak szlachetne perełki – wrażeń i refleksji nie doświadczyłam nigdy wcześniej. 

Myślę, że kolejność była tu nieistotna. Gdybym najpierw czytała Borowskiego czy Herlinga-Grudzińskiego, to właśnie o książkach tych autorów wspomniałabym dziś, ale “Medaliony” były pierwsze na liście „do przerobienia”. Niezapomniane, mocne, bolesne, prawdziwe. To dzięki tej lekturze zrozumiałam, że tego zła koniecznego nie trzeba tylko „zaliczyć”, ale że czytanie może znaczyć dużo więcej. Dopiero potem, kiedy już nie musiałam, ale chciałam, sięgnęłam po “Mistrza i Małgorzatę”, przeczytałam “Zbrodnię i karę”, odkryłam na nowo mity greckie i “Małego Księcia”. Lepiej późno niż wcale? Chyba trzeba było aż tyle, bym zrozumiała, że warto…

fan of books

<Weronika>

Jaka jest moja ulubiona lektura? Nie jestem pewna czy w pełni mogę odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jestem dopiero w drugiej klasie gimnazjum… Wydaje mi się, że jestem najmłodszym członkiem grupy Jednak mimo tego, że nie czytałam pewnej części lektur, pozostałe jeszcze dobrze pamiętam, tak więc mogę opowiedzieć o tej, która mi się najbardziej spodobała. Nie przepadam za pozycjami podobnymi do „Krzyżaków” lub „Dziadów”, tak więc bardzo się ucieszyłam, gdy przed ostatnimi świętami nauczycielka powiedziała nam, abyśmy czytali „Opowieść Wigilijną”. W końcu, po dłuższym czasie, coś w postaci normalnej książki, nie sztuki! 


Za lekturę zabrałam się jakoś na tydzień przed świętami i prawie całą przeczytałam w jeden wieczór. W książce się zakochałam! Była lepsza niż wiele współczesnych pozycji. Oczarował mnie klimat świąt, który dało się odczuć w całej powieści. Historię zawartą w książce chyba każdy zna, opowieść o skąpym Scrooge’u widzieliśmy w prawie każdej odsłonie- w uniwersum Barbie czy nawet Flinstonów. Co mnie zdziwiło w tej powieści? Najbardziej chyba styl, którym pisał Dickens, ponieważ książka pomimo tego, że została napisana w IXX wieku jest bardzo uniwersalna. Zamiast bogatego Scrooge’a moglibyśmy widzieć zgorzkniałego biznesmena- historia dalej byłaby taka magiczna i prawdziwa.

W książkach, filmach lub serialach uwielbiam bohaterów, którzy przechodzą przemianę- na początku poznajemy ich złe strony, jednak wraz z rozwojem akcji możemy zauważyć ich przemianę. Uwielbiam to! Dzięki temu można uwierzyć, że każdy człowiek ma w sobie jakąś iskrę dobra, którą może wykorzystać. I taka właśnie jest postać Scrooge’a, którą bardzo polubiłam.

Książka sama w sobie była magiczna i wydaje mi się, że jak dotąd była to jedyna lektura, która tak mnie pochłonęła. Dlatego polecam przeczytać ten klasyk każdemu, na chwile przed świętami, aby znów poczuć urok świąt.

A Wy? Macie swoją ulubioną lekturę? Albo taką, która zrobiła na Was szczególne wrażenie? Koniecznie podzielcie się tytułem.

asia krzemińska


kieszonkowe słówka

kieszonkowe słówka

Panicz lubi się uczyć. Chętnie uczęszcza na zajęcia. Wśród ulubionych, obok szeregu propozycji ruchowych, pojawia się język angielski. Z zastrzeżeniem, że lepiej jest mówić, niż pisać 😉

Po lekcjach języka angielskiego syn wraca zwykle rozradowany. Zasypuje mnie słówkami, które często muszę wydobywać z odmętów pamięci (“mamo, mamo, a dziś mieliśmy…., wiesz jak to jest po angielsku?”). Kiedy więc pewnego dnia wrócił z niewesoła miną, zaniepokoiłam się. O co chodzi? Czyżby  odwołano lekcję? Nie, wiedziałabym o tym.
Otóż, okazało się, że dziecię rzeczywiście dobrze sobie radzi, kiedy chodzi o mówienie oraz zapamiętywanie nowych słówek. Z pisaniem zaczęły się kłopoty. I nie chodzi tu o znajomość liter, nie, nie. Raczej o to, że w pośpiechu, zamiast skorzystać z podpowiedzi zamieszczonych w podręczniku, zapisał w zeszycie wyrazy, które musiał później pracowicie poprawiać (twierdząc przy tym, że :”do niczego się nie nadaję”).
kieszonkowe słówka
Aby pomóc dziecku (i sobie) w pokonaniu trudnego stanu, zaproponowałam zabawę w “Piotrusia”. Tak się złożyło, że trafiły w moje ręce karty z wypisanymi w języku angielskim przymiotnikami i czasownikami. Pomyślałam:

Rewelacja. Nie dość, że spędzimy razem czas na zabawie, to przy okazji czegoś się jeszcze nauczymy.

Do wyciągnięciu kart z pudełka dokładnie obejrzeliśmy zarówno zamieszczone na nich obrazki, jak i wyrazy.  Zadanie wydało nam się nieskomplikowane: należało połączyć wylosowane karty w pary (tyle, że każda para składała się z przeciwieństw). Powiem Wam, że ilustracje były na tyle sugestywne, że nawet Panienka, która nie potrafi jeszcze czytać, dołączyła do nas i świetnie się bawiła.
A Panicz, nie dość, że miał okazję wszystkich ograć, to jeszcze poćwiczył słówka (przy każdej parze odczytywał głośno słowa i objaśniał ich znaczenie). Tak miło spędziliśmy czas, że dzieciaki wcale nie miały ochoty kończyć gry. Myślę, że to najlepsza możliwa rekomendacja 🙂
Gdybyście mieli ochotę przyjrzeć się bliżej naszym kartom, znajdziecie je <tu> i <tu>. Musicie też wiedzieć, że wybraliśmy tylko jedną spośród kilku propozycji wykorzystania kart. Dajcie znać, jeśli przetestujecie inne 🙂 
asia krzemińska
projekt grajmy
<grajmy>

myślograficzne życzenia

myślograficzne życzenia

Jeśli sądzicie, że edukatorzy (nauczyciele, trenerzy i inne osoby związane z edukacją), to zamknięte środowisko, które potrafi tylko narzekać, to jesteście w wielkim błędzie. Dowodzi tego pewna spontaniczna akcja myślograficzna…

Istniej w sieci wiele takich miejsc, w których spotykają się przedstawiciele rożnych środowisk, by rozmawiać na interesujące ich tematy. Jednym z nich jest grupa <Myślografia>. To właśnie tam dzielą się pomysłami, wymieniają spostrzeżeniami, dyskutują zapaleńcy myślenia wizualnego (którego wiele przykładów znajdziecie w moich wcześniejszych wpisach i którym poświęcona jest cała kategoria <myślografia> ).
myślograficzne życzenia
Ponieważ grono jest zacne, a przede wszystkim sympatyczne i stara się być zawsze pomocne, wpadłam na pomysł, by wymienić się uprzejmościami w sposób namacalny, nie tylko wirtualny. I tak narodziła się #akcjaKartka.
O co chodziło? Chętni myślograficy zobowiązali się przygotować własnoręcznie i wysłać kartkę pocztową z życzeniami noworocznymi do losowo wybranej osoby z grupy (aby nie było zamieszania, wcześniej zostało ustalone kto, do kogo pisze). Poczyniwszy stosowne kroki, twórcy zabrali się za rysowanie i już wkrótce mogliśmy oglądać pierwsze, doręczone do skrzynek cudeńka. 
myślograficzne życzenia
Inicjatywa zyskała tak duże zainteresowanie, że już planowane są kolejne edycje. Powstał nawet pomysł, by w każdym miesiącu tworzyć i słać kolejne pozdrowienia. Sami zatem widzicie, że rysowanie może łączyć. W tym przypadku całkiem obcych sobie ludzi z rożnych stron Polski (a nawet spoza granic, bo i tacy chętni się znaleźli).
A Wy lubicie wysyłać i dostawać kartki? A może przeniesiecie pomysł na grunt szklony i spróbujecie wciągnąć swoich uczniów we własną akcję kartkową? 
PS Wszystkie wykorzystane we wpisie kartki pochodzą z I edycji #akcjaKartka . Więcej znajdziecie <tu> .