Pierwsze wyjście z mroku, rzecz o porzucaniu własnej strefy komfortu

Uczymy się przez całe życie. Czasami jest to proces świadomy, innym razem nie. Najważniejsze są, co oczywiste, efekty. Czasami jednak nie można pójść dalej, jeśli kurczowo trzymamy się ram, w których zostaliśmy osadzeni. Nie wierzycie? Sprawdźcie.

wyjście z mroku

raz, dwa trzy, bloga masz ty…

To miał być wpis o tym, jak nieśmiała ja przed sześciu laty postanowiła coś w swoim życiu zmienić. Niby niewiele, ale założyła własną stronę internetową i zaczęła budować wokół niej społeczność. Pierwszych dziesięć, dwadzieścia osób lubiących fanpage. Pierwsze komentarze z dobrym słowem pod pomysłami na lekcje. Pierwsze też słowa krytyki, z którymi trzeba było się zmierzyć. Niby to było wczoraj, niby.

O tym wszystkim, co zaszło od dnia postawienia pierwszej litery po dziś, opowiadałam podczas zajęć, zorganizowanych w ramach akcji #zaprośMnieNaSwojąLekcję. Wspaniała inicjatywa, pokazująca, że czas izolacji społecznej nie musi być czasem straconym. Wielkie brawa dla organizatorów, ale i osób biorących czynnie udział w przedsięwzięciu. Nie o tym jednak ten tekst.

człowiekiem jestem i nic, co ludzkie…

Kiedy patrzę na moich uczniów, nie tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, ale w ogóle, często mam wrażenie, że stawiane przed nimi zadania wymagają przekraczania kolejnych granic. Nie jestem pewna, czy nasze słowa zachęty: „no nie wstydź się” albo „nie przesadzaj” faktycznie pomagają przezwyciężyć bariery. Myślę wtedy o czasie, gdy stawiałam swoje pierwsze kroki w blogowaniu. Nie zawsze było kolorowo. Nie zawsze miałam ochotę udowadniać, że dam radę.

Jakiś czas po założeniu witryny odezwała się do mnie Marta Florkiewicz- Borkowska z zapytaniem, czy nie chciałabym dołączyć do <Superbelfrów>, takiej grupy dla eduwariatów. Już wtedy, niesiona flow, czułam się jak eduświr. Przynależność do takiego grona tylko utwierdziła mnie w przekonaniach, ale też postawiła przede mną prawdziwe wyzwania.

Choć obcowałam ze znaczną (tak mi się wtedy wydawało) wirtualna społecznością, w środku pielęgnowałam swojego nieśmiałka. Może tylko warsztat językowy miałam lepszy niż na samym początku (wszak trening czyni mistrza). Kiedy więc Marcin Polak poprosił mnie o wygłoszenia krótkiego wystąpienia podczas czerwcowych Inspir@cji (konferencji dla nauczycieli), najpierw się szybko zgodziłam, a później… Im bliżej samego wystąpienia, tym więcej miałam obaw. Czy dam radę? Czy się nie pomylę? Czy ktokolwiek będzie chciał mnie wysłuchać? Lista nie miała niemal końca. Była tak stremowana, że nawet nie pamiętam, jak to się stało, że weszłam na scenę, opowiedziałam, co miałam do opowiedzenia i zeszłam. Dość powiedzieć, że chyba nieźle mi poszło, bo różni ludzie mi gratulowali.

teoria pierwszego razu 😉

I takich momentów mogłabym przytoczyć znacznie więcej. Pierwsze szkolenie dla kadry nauczycielskiej (że ja? nadam się?). Pierwszy webinar (o, matko! do ekranu mam gadać?! a przyjdzie to ktoś w ogóle oglądać?). Pierwsze kilka słów dla radia i pierwsze nagranie dla wydawnictwa. Wiele tych pierwszych razów. A przy każdym z nich czuję ten sam, znajomy lęk. Czy dam radę?

Jasne, dziś mam zupełnie inna perspektywę, większy bagaż doświadczeń. Na swoje działania patrzę z większym dystansem. Staram się rozumieć, gdy ktoś ma inne zdanie, szanuję to. Nauczyłam się (choć trochę) widzieć to, co jest, a nie to, co mi się wydaje, że widzę (jeśli wiecie, co chcę powiedzieć). Nie jest to łatwe, nie zawsze się udaje. Można powiedzieć: proces w toku. I myślę, że już na zawsze takim zostanie. Wszak życie to jedna, wielka droga. Bo nie chodzi o cel, a o podróżowanie 😉

Kiedy słyszę, że jestem dla kogoś autorytetem, nie dowierzam. Że ja? Taka zwykła, nieśmiała ja? Może łatwiej przychodzi mi formułowanie własnych myśli. Może czasami mówię to, co inni noszą gdzieś w sobie, ale nie chcą wypuścić na światło dzienne. Ale to chyba nic wielkiego. Każdy z nas może być sobą (zachęcam, życie jest o wiele łatwiejsze). Z drugiej strony wiem, jak czują się ci, którzy wciąż nie mają odwagi, by pokazać to, co maja światu do zaoferowania. Przez lata pielęgnowana skromność, brak „szaleńca”, który mógłby porwać w otoczeniu, przekonanie, że nic nie można zrobić. Ot, co. Krótka lista głównych przyczyn braku zmian.

zostaw to wszystko w tyle i rób swoje

Co ludzie powiedzą? To chyba nie wypada. Tyle lat działało, to musi coś w tym być. A może ja wcale nie mam racji? Może nie warto próbować? Chciałabym z tego miejsca powiedzieć tym, których nękają podobne dylematy: warto. Nieważne, co powiedzą (bez względu na to, czy coś zrobimy, czy nie i tak będą gadać). Nie wypada to kraść (jak mówi podobno ludowe przysłowie). A, że wiele lat działało, nie znaczy, że jest najlepszym z możliwych rozwiązań (bo na przykład kiedyś prano w rzece, wiele, wiele, lat, dlaczego więc dziś korzystamy z automatów).

Zabrzmi to prawdopodobnie jak truizm, ale ja wciąż jestem tą samą, nieśmiałą, zwykłą nauczycielką. Może mam trochę więcej siwych włosów (tak, tak, od osiemnastego roku życia jestem ich szczęśliwą posiadaczką). Może przeszłam kawałek dalej w swojej edukacyjnej, ale i życiowej wędrówce, więc mam większy bagaż na plecach (dobrze, że nie garb). Wciąż jednak na nowo ćwiczę swoje „wychodzenie z mroku”. I choć czasami myślę, że robię krok prosto w przepaść, nie żałuję. Bo jestem dziś tu, gdzie jestem. A do szczytu jeszcze daleka droga…

PS „Pierwsze wyjście z mroku” to debiutancki album „Comy”, zespołu z mojego rodzimego miasta. I przyznać muszę, że wiele z umieszczonych w nim numerów towarzyszyło mi podczas (czasami bardzo trudnych) dni „globalnej niepogody”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

6 komentarzy “Pierwsze wyjście z mroku, rzecz o porzucaniu własnej strefy komfortu”