‘Ł’ jak… łapacz snów

Sezon robótek ręcznych zbliża się wielkimi krokami. Szydełkowanie i druty już czekają na jesienne długie wieczory.

Tylko, że my nie jesteśmy specjalistami od tego typu prac (szycie na maszynie się nie liczy, toż to zajęcie całoroczne, hehe). Niemniej jednak postanowiliśmy zatańczyć z kłębkami. W wyniku naszych działań powstał ni mniej ni więcej, a łapacz snów (dla tych, którzy nie mają pojęcia o czym piszę: łapacz snów to takie “urządzenie”, które “przechwytuje” złe myśli i przegania koszmary, tak przynajmniej mówią, hehe).

Do wykonania tej niezwykłej ozdoby potrzebowaliśmy:

– metalowej obręczy (znaleźliśmy taką o średnicy ok. 30 centymetrów, ale można wykorzystać dowolną; im większa, tym bardziej spektakularny efekt);
– kolorowej włóczki (najlepsza jest taka, która do niczego innego nie może być już zużyta);
– wielobarwnych guzików, cekinów, koralików (świecidełek panoszących się w różnych zakamarkach);
– tasiemek (bawełnianych i atłasowych – kawałki zostały nam od ostatnich świąt);
– zabarwionych piórek (rozmontowaliśmy kolczyki, których nigdy nie nosiłam i nosić już nie będę).

Jak widzicie, lista materiałów nie zawiera wielu pozycji, a w dodatku znalazły się na niej przedmioty, które powszechnie mogłyby zostać uznane za zbędne (lubimy tworzyć coś z niczego).
W kilku krokach dokonaliśmy rzeczy niezwykłej, skonstruowaliśmy oryginalną kurzołapkę (no wiecie, do łapania kurzu). Zaczęliśmy od nawleczenia guzika na nici. Przywiązując je do obręczy wyznaczyliśmy środek plecionej w dalszej fazie pajęczyny (choć wcale nie musi wypadać on w centralnym punkcie okręgu). Przy okazji wykonaliśmy wieszadełko (lub jak kto woli, uchwyt, ma którym zawiśnie łapacz).
Następnie owinęliśmy całą obręcz, miejsce przy miejscu, włóczką (prawdziwym mistrzem okazał się Panicz, któremu zadanie to przypadło w udziale). Zabezpieczyliśmy w ten sposób nitki przed przesuwaniem się i zadbaliśmy o estetyczny wygląd naszej ozdoby 😀 
W dalszej kolejności poprzeplataliśmy nitki tak, aby utworzyły fantazyjną kompozycję (coś na kształt pajęczyny). W miejscach przecinania się nitek zamontowaliśmy cekiny (można wykorzystać guziki, koraliki lub co tam macie pod ręką).
Na końcu zaczepiliśmy tasiemki (a na nich koraliki) i piórka. Efekt nas zachwycił. Dzieło niemal natychmiast zostało umieszczone w pokoju Piskląt (na wyraźne życzenie jego mieszkańców). Co więcej, dzieciątka twierdzą, że teraz dużo lepiej się w nim śpi. Wielka jest potęga podświadomości 😀 

A Wy? Lubicie robótki ręczne? Sprostalibyście zadaniu?

‘Ł’ jak… łamacz szyfrów

Chyba każde dziecko uwielbia zagadki, łamigłówki czy labirynty. Nie spotkałam również takiego, które nie lubiłoby wyobrażać sobie, że jest detektywem i ma za zadanie złamanie szyfru. Co jednak zrobić, aby spełnić oczekiwania naszej pociechy? Szczególnie jeśli nie jesteśmy najlepsi w zakodowywaniu wiadomości (harcerskie umiejętności, nie ćwiczone przez całe wieki, w końcu zostały zapomniane)? Otóż, musimy znaleźć wszelkie dostępne w domu stemple 😀

Aby przygotować naszą szpiegowską “maszynkę” do tworzenia wiadomości, potrzebujemy liczby pieczątek równej liczbie liter w alfabecie (stempelki nie muszą pochodzi z jednego kompletu, to nie ma większego znaczenia, najważniejsze, aby się nie powtarzały i były podobnej wielkości). Przystawiamy kolejne symbole, jeden obok drugiego, na długi kawałku papieru, a następnie umieszczamy pod nimi odpowiadające kolejne litery alfabetu mogą być drukowane lub pisane, w zależności od wieku i umiejętności dziecka).

Teraz została nam najprzyjemniejsza część zadania- wymyślanie i zapisywanie wiadomości (obrazkowo, rzecz jasna). Na początek proponuję krótkie hasło, żeby dziecko miało szansę “załapać” o co w zabawie chodzi. Później można przejść do bardziej skomplikowanych tekstów (pamiętajcie jednak, że jeśli treść będzie zbyt długa, młody człowiek może się zmęczyć i zniechęcić).

Nie myślcie sobie, że Panicz nie testował powyższej gry. Owszem, odkodowywał. I był bardzo zadowolony. A i ja widzę same korzyści płynące z ćwiczenia. Po pierwsze: utrwala ono kształt liter. Po drugie: Pisklę trenuje czytanie (dokładniej: dokonuje syntezy podanego materiału- składa litery w słowa). Po trzecie: ćwiczymy cierpliwość i koncentrację (choć wcale, a wcale tego nie czujemy, hehe). Po kolejne, choć na pewno nie ostatnie: dobrze się wspólnie bawimy.
A na koniec zadanie dla Was. Kiedy już Syn odkodował swoją wiadomość i przekonał się, że to całkiem proste zadanie, postanowił przygotować coś dla Was. Gotowi? Spróbujcie swych sił, powodzenia! 

O jak… odrobina historii

Pamięć ludzka jest ulotna. Szczególnie jeśli jest to pamięć dziecka. Dlatego, myśląc nad kolejną o-tematyczną zabawą, wzięliśmy na warsztat historię 😀 I jej ODROBINĘ zamknęliśmy w kolorach. Ta cząstka dziejów, którą się zajęliśmy dotyczy naszej rodziny. Wykorzystując farby plakatowe, własne dłonie oraz rolkę papieru kreślarskiego, zmalowaliśmy Nasze Drzewo Rodzinne 😀 

Aby zaangażować oba Pisklęta, wymyśliliśmy, że: dziadkowie będą reprezentowani przez największą dostępną dłoń (tym razem moją, hehe), rodzice będą średni wielkością (tu Panicz znalazł dla siebie miejsce), a dzieci to mała rączka Panienki. Co ciekawe, córka, która bardzo nie lubi mieć brudnych rąk, była zachwycona mogąc wysmarować się plakatówką.
I tak powstało arcydzieło klasy światowej, na którym uwieczniliśmy najbliższych członków rodziny (z imionami pradziadków, których Pisklęta nie miały okazji poznać, ale chętnie o nich dopytywali). Następnym razem pokusimy się jeszcze o rodzeństwo dziadków i pradziadków (tym razem nie zmieścili się, hehe).
A Wy? Macie już własne Drzewo Rodzinne?  

O jak… olimpiada sportów ogrodowych

Lubimy aktywnie spędzać czas. Tak się szczęśliwie złożyło, że pomimo tego, iż mieszkamy w blokowisku, to mamy do dyspozycji całkiem spore podwórko (choć wolę mówić o nim: ogród, bo sąsiedzi bardzo dbają o imponujący wygląd kwiatów i krzewów, aż miło popatrzeć). Dlaczego by nie skorzystać z danej możliwości i nie spędzać czasu na wolnym powietrzu?

Aby nie było nudno (bo wtedy głupotki przychodzą do głowy), zaproponowaliśmy ostatnio dzieciom Olimpiadę Sportów Ogrodowych. Poprosiliśmy, aby rozejrzeli się w pokoju i wymyślili konkurencje sportowe z wykorzystaniem przedmiotów zabranych z domu. Na co się zdecydowali? Otóż, w zawodach uczestniczyły: hula-hop, drewniane rakietki (takie do plażowych rozgrywek), małe, piankowe piłki, miska, woreczki gimnastyczne, dziecięcy zestaw do gry w bule i mała piłka do rugby. Zabawa była przednia 🙂 Do tego wszystkiego mama (czyli ja) wykonała medale. A wierzcie lub nie, ale wszyscy na nie zasłużyli, hehe.
Dzieciaki (dwoje Piskląt i trzecie “pożyczone”) sprawdziły się w konkurencjach:
– rzut woreczkiem do celu,
– toczenie koła patykiem,
– przerzucanie piłki przez obręcz,
– odbijanie piankowej piłeczki,
– kręcenie hula-hop na ręce (okazało się, że to było bardzo trudne),
– bieganie wokół klombu (chyba ulubiona przez wszystkie dzieci),
– bule.
Zgrzaliśmy się, zmęczyliśmy, ale było cudnie (oczywiście w zmaganiach uczestniczyli wszyscy, nie wyłączając dorosłych, hehe). Na koniec wszystkie dzieci otrzymały medale za dobrą zabawę, zaangażowanie i przestrzeganie zasad fair play (warto o nich przypominać w trakcie). Przy okazji mieliśmy szansę porozmawiać o tym, że nie musimy być we wszystkim najlepsi. Różnimy się i każdy z nas ma różne talenty, więc w różnych dyscyplinach będzie wieść prym (tak często rodzice o tym zapominają, a szkoda).
O i tak minęło całe przedpołudnie. Kto by pomyślał?

O jak… odlot :)

Wyobraźcie sobie sytuację: dwóch niemal pierwszoklasistów, trzylatek, upał i tata. Co może powstać z tej wybuchowej mieszanki? Wspaniały i niepowtarzalny model… samolotu 😀 


Zastanawiając się nad motywem przewodnim o-tematycznych wpisów, braliśmy pod uwagę różne opcje: owady, origami, okno, obraz. Wiele jeszcze mogłabym wymieniać. Szukając inspiracji, trafiliśmy, zupełnym przypadkiem, na zdjęcie ogromnego, papierowego samolotu. A, że akurat pan kurier dostarczył nam sporych rozmiarów karton, postanowiliśmy wykorzystać sytuację.
Pan M., miłośnik maszyn latających, zajął się wycinaniem części, dzieciaki otrzymały plakatówki, trochę miejsca i zadanie: pomalować samolot. Nie muszę chyba mówić, jak cała młodociana trójka po takim zabiegu wyglądała (najlepiej byłoby włożyć każdego z osobna pod prysznic, hehe, nie dość, że spoceni, bo upał, to jeszcze pokolorowani). Nic to jednak, przecież wiedzieliśmy, że tak się stanie dając dzieciom pędzle do rąk.
Ze względu na zawrotną, niemal równikową temperaturę, proces schnięcia poszczególnych elementów przebiegał błyskawicznie. już po około pół godziny mogliśmy przejść do montowania aeroplanu. Najlepsze jednak było dopiero przed nami. Okazało się bowiem, że każde z “naszych” dzieci chciało koniecznie zostać pilotem. W okularach pływackich jak goglach, z kierownicą w ręku, zasiadali “za sterami”.

Śmiechom nie było końca. Zaliczyliśmy wspólnie wakacyjny odlot 😀

K jak … księga wakacyjnych podróży

Lubicie dostawać kartki z wakacji? My bardzo. Ale jeszcze bardziej lubimy je wysyłać (o czym możecie przeczytać choćby <tu> ). A, że tegoroczne wakacje obfitują w różnego rodzaju wyprawy, postanowiliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Powzięliśmy sobie za cel przygotowanie własnych kartek pocztowych, które na koniec wakacji prześlemy do bliskich.

Read More

K jak… kryzysowe korale

Do obiadu zostało dosłownie dziesięć minut. Pan M. właśnie będzie wrzucał makaron na wrzątek, aż tu nagle Jaśnie Panienka (2,5 roku), obudzona z południowej drzemki, wkracza do kuchni z dzikim niemal wrzaskiem. I żąda otrzymania swojej porcji klusek, natychmiast. Mała rączka sięga do rozpakowanej paczki i podbiera surowy jeszcze składnik obiadu. Cóż tu zrobić, zachodzimy w głowę. I wtedy spada na mnie pomysł ograny, ale jedyny możliwy do zrealizowania tu i teraz. Korale!

Delikatnie zagaduję młodą damę, czy zamiast ryczeć, jak dzikie zwierzę, nie miałaby ochoty zrobić dla siebie nowych korali. Z penne, które właśnie podebrała tacie. Kiedy doszłam do momentu malowania ozdoby farbami, na twarzy dziecięcia pojawił się uśmiech zadowolenia. Uff. Kryzys zażegnany 😀 
W czasie, pozostałym do serwowania dania, zdążyłyśmy pokryć wszystkie przeznaczone do nawleczenia kluchy warstwą plakatowej farby (kolory dobrane zgodnie z życzeniem Jaśnie Panienki). Większość pracy wykonała córka sama, ale detale pozwoliłam sobie domalować osobiście (dużo tego nie było). Prace wstępne ukończyłyśmy sprawnie, odłożyłyśmy mokre elementy do wyschnięcia, a same przystąpiłyśmy do konsumpcji 😀
Już po około godzinie okazało się, że nasz kolorowy makaron jest suchy i można przejść do nawlekania. Panienka wykazała się przy tej czynności godną podziwu cierpliwością i determinacją (“nie pomagaj mi, mamo!”). Ostatecznie naszyjnik został ukończony, a efekt więcej niż zadowalający. Myślę tylko, że dla większej trwałości nałożonych barwników, warto pomalować całość choćby bezbarwnym lakierem do paznokci lub lakierem do włosów (oba sposoby sprawdzone przy innych projektach). Nie będzie brudzić ubrań na wypadek kontaktu z wilgocią.
I tak, zupełnie nieoczekiwanie, zamiast makaron zjeść, wykonaliśmy piękne, makaronowe korale 😀

PS Tu znajdziecie link do naszego filmiku 🙂 

K jak … kosmos

Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie z literką “K”? No właśnie, w głowie otwiera się szuflada, którą bardzo trudno jest zamknąć. Dlatego nie od razu wiedziałam, że w pierwszej odsłonie “Kwadratowego koła” zajmować będę się kosmosem (o szczegółach projektu przeczytacie <tu> ).

Szczerze powiedziawszy, myślałam o zupełnie innym kierunku działań, ale… Prawie zawsze jest jakieś ale 😀 Tym razem problem tkwił w braku możliwości podjęcia ostatecznej decyzji. Okazało się, że tak wiele rzeczy chcę pokazać, że aż sama nie wiem, od czego zacząć (przytrafia Wam się czasami taki stan? okropność).

I wtedy doszłam do wniosku, że właściwie, to Paniczowi sprawia przyjemność rozmawianie o gwiazdach i planetach, więc dlaczego nie sięgnąć by po kosmos? Od idei do realizacji jest u nas niezwykle krótka droga (czasem myślę, że to wcale nie jest dobrze). Dziecię zapytane, czy ma ochotę na małą plastyczną zabawę, odrzekło, że owszem (“będę mógł wycinać z pianki?!”) i tak przystąpiliśmy do konstruowania przenośnej makiety Układu Słonecznego.
Do budowy użyliśmy: różnokolorowej pianki, plastikowej pokrywki, niebieskiej muliny, metalowej, ażurowej kulki (została nam po rozmontowanych lampkach choinkowych), kilku szpilek i niewielkiej ilości naklejek (o nich jednak na końcu).
Zaczęliśmy od przygotowania kółek, które miały stać się planetami. Panicz znalazł w swoim otoczeniu różne przedmioty o przekroju koła, posiadające zróżnicowaną średnicę, które obrysowywaliśmy na piance. Tak przygotowane kontury wycieliśmy.
Następnie, przy pomocy igły i kolorowej nitki, zawiesiliśmy kulkę pośrodku pokrywki (to zdecydowanie zadanie dla mamy, chociaż nasz plastik nie był specjalnie twardy). W dalszej kolejności przygotowaliśmy dziewięć odcinków muliny, pamiętając aby każdy kolejny był dłuższy od poprzedniego o około dwa centymetry. Rozpoczynając od najkrótszego mulinowego sznureczka, przyczepiliśmy nasze planety wokół Słońca (moim zadaniem było nadal przekłuwanie plastiku, a Panicz nawlekał na końcach kółka, zgodnie z ustaloną kolejnością). 
Efekty możecie zobaczyć na zdjęciach 🙂 A w międzyczasie udało nam się przygotować dla Was zapowiedź w postaci krótkiego filmiku, Jeśli jeszcze go nie widzieliście koniecznie kliknijcie <tu>. Tak właściwie, eksperymenty z animacją poklatkową stanowią dodatkowy plus dla projektu. Gdyby nie “Kwadratowe Koło” pewnie jeszcze długo nie zdecydowałabym się na jej samodzielne przygotowanie (z drobną pomocą Piskląt, rzecz jasna). Myślę, że możecie już zacząć wypatrywać więcej takich zapowiedzi. Spodobała nam się zabawa, oj spodobała.

PS Naklejki, które znajdowały się w spisie potrzebnych rzeczy, zostały wykorzystane, wraz ze szpilkami, dla utworzenia przeciwwagi (mówiąc krótko, dociążyliśmy układ z jednej strony, aby wisiał prosto, hehe).

‘Kwadratowe koło’

Logo akcji przygotowane przez “Kreatywnym okiem”
Rozpoczynamy nowy, blogowy projekt. “Kwadratowe koło”. W jego ramach przygotuję dla Was kilka wpisów zawierających kreatywne pomysły na spędzenie czasu z dziećmi (początkowo miały być cztery, ale coś czuję przez skórę, że będzie ich więcej), dla których oparciem będą kolejne litery wyrazu “koło”.

Jak łatwo się domyślić, pierwsze zabawy będą dotyczyły “k”, kolejne “o” i tak dalej. Rozmyślając nad początkowym zadanie przygotowałam, wraz z Zakręconą Rodzinką, pierwszą poklatkową animację (może nie jest doskonała, ale bawiliśmy się fantastycznie). Jeśli jeszcze jej nie widzieliście, koniecznie musicie to nadrobić 😀 
Skąd pomysł no “kwadratowe koło”? Otóż, blogosfera pozwala spotkać się osobom o podobnym podejściu do życia. Za sprawą mediów społecznościowych udało mi się poznać autorkę bloga “Kreatywnym okiem” i to ona właśnie zaprosiła mnie do współpracy przy projekcie (za co bardzo dziękuję). Startujemy 6 sierpnia, ale w mojej głowie już kipi od pomysłów (muszę je spisać, żeby nie zapomnieć).

Prócz mnie w akcję zaangażowane są jeszcze trzy inne blogi: <Pracownia bajkowo><Kreatywnie w domu>, no i oczywiście <Kreatywnym okiem>. Liczę na zawiązanie przyjaźni i dalsze wspólne projekty 🙂 Oby się udało.

Wierzę, że przy okazji “Kwadratowego koła”, będziecie bawić się równie dobrze, jak my. 

‘Przy Wąwozie’

Wróciliśmy z wakacji. A nie ukrywam, że było to dla nas niezwykle udany czas. Oczywiście mój urlop trwa jeszcze w najlepsze (choć tak trochę zaczynam już pracować nad nowymi projektami), ale Pan M. musi wracać do pracy, takie życie.

O atrakcjach, których sobie dostarczyliśmy, mieliście już okazję czytać (jeśli nie, zapraszam do <Parku Labiryntów> i <Lublina sztuk-mistrzów> ). Dziś przyszła kolej na opisanie miejsca, w którym stacjonowaliśmy, naszej bazy wypadowej. A jest o czym pisać 🙂
Jesteśmy mieszczuchami, dziećmi cywilizacji. Jednak żeby prawdziwie wypocząć, szukamy miejsc cichych i w miarę oddalonych od miejskiego zgiełku. Cenimy sobie kontakt z przyrodą i swobodę, jaką daje pobyt na wsi.
Tak się złożyło, że w tym roku odwiedziliśmy agroturystykę <Przy Wąwozie>. To malownicze miejsce położone w Karmanowicach, w zagłębiu turystycznym okolic Kazimierza Dolnego i Nałęczowa (ot, jakieś dziesięć kilometrów zarówno od jednego, jak i drugiego), tchnęło sielską atmosferą i świętym spokojem. Pisklęta wybiegane do woli, same dbały o swoje rozrywki (trampolina, basen na podwórku, zwierzęta w zagrodzie). Można było spokojnie oddać się słodkiemu nicnieróbstwu 😀
A jeśli naszła nas ochota na zmianę, wsiadaliśmy w pociąg lub busa i jechaliśmy do pobliskich miasteczek (choćby po to, aby spróbować “najlepszych lodów w mieście” lub wysłać pocztówki do bliskich). Nie zabrakło też naszych ukochanych rowerów. Choć nie daliśmy rady zabrać naszych osobistych, to pod ręką były piękne “holenderki” (cóż to za maszyny, hehe), którymi bez ograniczeń mogliśmy zwiedzać najbliższe rejony.
Czy chcielibyśmy wrócić do tego urokliwego miejsca? No pewnie. Dzieciaki już tęsknią za kozami, świnkami i resztą zwierzyńca 😀 W pamięci wciąż mamy serdeczny uśmiech Gospodyni, życzliwość Gospodarza i przepyszne domowe jedzenie. Mam nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy. I to nie jeden raz.

Chętnie przeczytam jak Wy odpoczywacie. Wolicie wiejskie uciechy, czy miejskie muzea i zabytki?