lodołamacze

Sama nie wiem, jak to się stało, że w dwunastym roku pracy w tej samem szkole, poczułam się dziś, jakbym była w niej pierwszy dzień. A wszystko to za sprawą… pierwszej klasy liceum. Niemal w całości złożonej z dzieciaków, które dołączyły do nas, skończywszy różne szkoły podstawowe. Ten moment, gdy przekraczasz próg sali i właściwie nikogo nie znasz…

ale o co chodzi?

Muszę szczerze przyznać, że przez te wszystkie lata zdążyłam zapomnieć, jak to jest, gdy trafiasz na zajęcia do ludzi, których kompletnie nie znasz. Budynek ten sam, sala wygląda znajomo, a w niej zestaw wpatrujących się w ciebie oczu. Niektóre obserwują twoje kroki z ciekawością, inni próbują nie okazywać zainteresowania. Wszyscy czekają na to, co się zdarzy.

Taka sytuacja spotkała mnie dziś. Sama nie wiem, czy bardziej jestem rozbawiona swoimi spostrzeżeniami, czy zaskoczona uczuciem niepewności. Przyznacie, że to raczej osobliwe (wiem, zwykle w szkołach tak to wygląda, co roku nowe twarze, ale u nas to raczej rzadkość). Tak, czy inaczej, lekcje musiały się odbyć (dwie z rzędu). I wiecie co, było całkiem sympatycznie.

lodołamacze

Po krótkim przedstawieniu się i omówieniu wzajemnych oczekiwań, przeszliśmy do konkretów. Pierwszym z nich były zakodowane tytuły lektur. Młodzi ludzie losowali po jednym, odszyfrowywali, a następnie wyszukiwali autora (w pamięci lub innych dostępnych źródłach). Poznawszy listę pozycji obowiązkowych, mogliśmy zająć się kolejnym zadaniem.

Co nim było? Nie zgadniecie 😉 Zabraliśmy się za tworzenie krótkich opowieści. Zamiast stosowanych przeze mnie zwyczajowo kostek (story cubes), wykorzystaliśmy obrazki, nad którymi pracowałam w wakacje (zbiór znajdziecie <tu>). Klasa, podzielona na cztery zespoły, losowała pięć przypadkowych scenek i miała je połączyć w jedną, spójną opowieść.

Dzięki temu ćwiczeniu miałam szansę przekonać się, na ile sprawnie uczniowie posługują się językiem. Czy potrafią zbudować krótką historyjkę, wpleść w nią uczucia bohatera i motywację dla podjętych działań. Wydawałoby się, że prosta rzecz. A jednak efekty były różnorodne. Od całkiem przyziemnych tematów, po nieco fantastyczne wariacje. Każda jednak mieściła się w wyznaczonych ramach.

Ostatnim elementem było wskazanie skojarzeń, zbudowanych na podstawie obrazków z ludzikami lego i tekstów literackich. To było najtrudniejsze ćwiczenie. Nie dość, że należało wykazać się umiejętnością kojarzenia faktów (nie jest to proste), to jeszcze trzeba było podać dwa argumenty dla swojego wyboru. Nie wszystkim dzieciakom się to udało. Za to ci, którzy sprostali zadaniu, zrobili to koncertowo.

trudny start? nie tym razem!

Czas na wnioski: prawdopodobnie osoba, obserwująca całą sytuację z zewnątrz uznałaby, że straciliśmy dziś dwie godziny, które można było inaczej spożytkować. A ja jestem zadowolona z przebiegu naszych pierwszych zajęć (dzieciaki też, o czym poinformowali wychodząc). Dowiedziałam się więcej, niż oczekiwałam.

Okazało się bowiem, że nadal, po wielu latach pracy, mogę odczuwać tremę przed nowym zespołem. A dzieciaki, jak to dzieciaki, dały radę 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.