Są zawodowe spotkania, po których wracamy z głową pełną nowych pomysłów. Są też takie, które działają zupełnie inaczej – pozwalają nazwać coś, co od dawna chodziło nam po głowie. Niedawno miałam okazję do właśnie takiej rozmowy z Dorotą Wellman. Jej efekty będzie można wkrótce zobaczyć w ramach projektu „Pokój nauczycielski”.
Rozmawiałyśmy między innymi o codzienności nauczyciela, oczekiwaniach związanych z tym zawodem i przekonaniu, które mocno zadomowiło się we współczesnej edukacji:
ciągle trzeba robić coś więcej.
Edukacyjne fajerwerki nie są obowiązkowe
Współczesny nauczyciel ma być kreatywny, zaangażowany, empatyczny, otwarty na technologie i gotowy na zmianę. Powinien indywidualizować, motywować, budować relacje, znać najnowsze narzędzia i regularnie wzbogacać swój warsztat.
A zajęcia? Najlepiej angażujące, niebanalne i takie, o których uczniowie będą opowiadać jeszcze po powrocie do domu. Tymczasem po niemal dwudziestu latach pracy coraz mocniej przekonuję się, że wartość lekcji nie zależy od liczby fajerwerków.
Czasem czytamy.
Czasem rozmawiamy.
Piszemy.
Ćwiczymy.
Powtarzamy coś po raz trzeci, bo poprzednie dwie próby nie wystarczyły.
Zdarza się również, że wykonujemy zadania, które nie wywołują entuzjazmu, ale są potrzebne, żeby zdobyć określoną umiejętność. I naprawdę nie widzę w tym niczego złego.
Kiedy rozwój zaczyna ciążyć
Doskonalenie zawodowe jest naturalną częścią pracy nauczyciela. Szkoła się zmienia, zmieniają się młodzi ludzie, zmienia się świat wokół nas. Trudno więc przez kilkadziesiąt lat pracować dokładnie tak samo.
Problem pojawia się wtedy, gdy możliwość staje się obowiązkiem nieustannego udowadniania, że robimy wystarczająco dużo. Kolejne szkolenie. Następna metoda. Nowe narzędzie. Innowacja. Projekt. Technologia, którą podobno koniecznie trzeba poznać. Z czasem łatwo uwierzyć, że dobry nauczyciel to ten, który bez przerwy dodaje coś do swojego warsztatu.
A przecież nadmiar także męczy. Co więcej, ciągła presja bycia lepszym, bardziej kreatywnym i zaangażowanym może prowadzić nie do zawodowego mistrzostwa, lecz do przeciążenia, frustracji, a w konsekwencji także wypalenia zawodowego nauczycieli. Dlatego coraz częściej interesuje mnie nie to, co mogę jeszcze do swojej pracy dołożyć.
Bardziej ciekawi mnie:
z czego mogę świadomie zrezygnować?
Sztuka odejmowania
Dojrzałość zawodowa chyba trochę na tym polega.
Nie na znajomości największej liczby metod, lecz na umiejętności dobrania właściwego rozwiązania do konkretnej grupy, sytuacji i celu. Nie muszę sprawdzać każdej aplikacji. Nie każda edukacyjna moda musi wejść do mojej klasy. Nie potrzebuję organizować projektu tylko dlatego, że projekty są wartościowe. Mogę też wrócić do prostego rozwiązania, które sprawdzało się przez lata.
Mniej nie musi oznaczać gorzej.
Czasami oznacza bardziej świadomie. To ważne również dlatego, że w szkole pracujemy z ludźmi. Uczeń nie potrzebuje codziennie spektaklu. Potrzebuje za to dorosłego, który wie, dokąd prowadzi grupę, potrafi reagować na jej potrzeby i nie myli atrakcyjności zajęć z ich wartością.
Zamiast „WOW” wolę „PO CO?”
To chyba jedno z najważniejszych pytań, jakie nauczyciel może zadawać sobie podczas planowania pracy.
Po co?
Po co wybieram właśnie ten tekst?
Po co uczniowie pracują w grupach?
Po co wykorzystuję tę metodę?
Po co przygotowuję dodatkowy materiał?
Po co sięgam po technologię?
Jeśli odpowiedź brzmi wyłącznie: „bo będzie ciekawiej”, być może warto zastanowić się jeszcze raz. Bo atrakcyjność jest środkiem, nie celem edukacji. Celem jest uczenie się. Rozumienie. Rozwijanie umiejętności. Budowanie relacji. Coraz większa samodzielność młodego człowieka. I właśnie o takich rzeczach bardzo lubię rozmawiać.
Pokój nauczycielski – rozmowa bez lukru
Dlatego spotkanie z Dorotą Wellman było dla mnie czymś więcej niż sympatycznym wydarzeniem zawodowym. Ucieszyła mnie możliwość rozmowy o szkole bez tworzenia kolejnego katalogu rzeczy, które nauczyciel „powinien”.
O zwyczajności tego zawodu.
O wymaganiach, które sami sobie stawiamy.
O granicy między dbaniem o własny warsztat a presją ciągłego doskonalenia.
I o prawie do uznania, że wystarczająco dobrze czasami naprawdę jest wystarczająco dobrze.
Efekty naszego spotkania będzie można już wkrótce obejrzeć w ramach projektu „Pokój nauczycielski”. A tymczasem zostawiam Was z pytaniem:
Czy potraficie jeszcze przeprowadzić całkiem zwyczajną lekcję i nie mieć poczucia, że powinniście zrobić coś bardziej spektakularnego?
Bo może właśnie jednym z elementów nauczycielskiego dobrostanu jest odzyskanie prawa do zwyczajności. I przekonanie, że czasem mniej naprawdę znaczy lepiej.
