Przeczytaj i podaj dalej

przeczytaj i podaj dalej

Lubicie czytać? Trafiacie czasem na książkę, która Was nie zachwyciła i bez większego żalu oddalibyście ją w “dobre ręce”? A może wprost przeciwnie: urzekła Was pewna historia i chcecie podzielić się nią z całym światem? Koniecznie dołączcie do akcji <Przeczytaj i podaj dalej>.

Dwie wspaniałe dziewczyny: Magda z <Save the magic moments>, oraz Kasia z <Books and Babies>, wymyśliły, aby zorganizować między-blogową wymianę książkową. Popatrzyłam na regał, z którego wylewają się niemal kolejne tomy i postanowiłam dołączyć (szczegóły akcji znajdziecie np. <tu>). A nuż znajdę coś interesującego dla siebie?
przeczytaj i podaj dalej

Być może lista moich propozycji nie będzie długa, za to dość specyficzna (prawie sama fantastyka lub kryminały). Zerknijcie sami.

przeczytaj i podaj dalej
  1. Agata Christie “Przyjdź i zgiń” (Wydawnictwo Dolnośląskie); -> wymienione
  2. Emily Rodda “Pas deltory. Puszcze milczenia” (Literacki Egmont);
  3. Aneta Jadowska “Bogowie muszą być szaleni” (Fabryka Słów);
  4. Marcin Mortka “Dom pod pękniętym niebem” (Zielona Sowa);
  5. Agata Kołakowska “Patrycja” (Prószyński i S-ka);
  6. Greg Baxter “Lotnisko w Monachium” (Czwarta strona); -> wymienione
  7. Becca Fitzpatrick “Szeptem” (Wydawnictwo Otwarte); -> wymienione
  8. Becca Fitzpatrick “Crescendo” (Wydawnictwo Otwarte).
I jak? Znajdą się chętni do wymiany? Jeśli coś Was zainteresowało, odezwijcie się do mnie (przez wiadomość lub w komentarzu pod wpisem). A może dołączycie do akcji i podzielicie się swoimi zbiorami? Jest jeszcze chwila 🙂 
wasz belfer

W stronę marzeń. Doba na oceanie :)

doba na oceanie

Wielu wspaniałych podróżników zapisało się na kartach historii. Czy któryś z nim może jednak zaimponować siedmiolatkowi? Owszem! I wcale nie potrzeba daleko szukać.

 

Jakiś czas temu w biblioteczce Magicznego Domu pojawiła się pozycja <Na oceanie nie ma ciszy>. Jest to opowieść Piotra Chmielińskiego o przygodach Aleksandra Doby. Ten szalony polski kajakarz postanowił samotnie pokonać Atlantyk. I dokonał tego. Dwukrotnie. A teraz szykuje się do trzeciej transatlantyckiej wyprawy.
Książka zrobiła na Paniczu dość spore wrażenie, bo (choć sam jej nie zgłębił) zaczął rozpytywać. Kim jest ten pan? Jakim kajakiem pływa? Co lubi jeść, kiedy jest na wyprawie? Do tego z radością odszukiwał w różnych miejscach miasta plakaty z wizerunkiem kajakarza, pokrzykując za każdym razem: 

 Zobacz tam jest i jeszcze tam. Ta książka, którą tata czyta.

Przygotowując się zatem do projektu o podróżnikach, realizowanego w ramach akcji <Dziecko na warsztat>, nie mieliśmy problemu z wyborem bohatera. Kłopotem okazała się forma, w jakiej mielibyśmy uporządkować naszą wiedzę i przybliżyć innym postać Olka  Doby.
doba na oceanie

doba na oceanie

I wtedy pomyślałam, dlaczego nie lapbook. Tyle dobrego słyszałam o tych wyjątkowych książeczkach, a do tej pory jakoś nie było okazji, aby spróbować samodzielnie takową przygotować. Przedyskutowałam temat Z Paniczem, podpatrzyliśmy kilka inspiracji i ruszyliśmy do działania.

doba na oceanie

Syn tak zaangażował się w pracę, że postanowił podzielić się jej rezultatami w szkole (jak tylko wyzdrowieje). Sam decydował jakie informacje są dla niego ważne i ciekawe, co musimy koniecznie umieścić, a z czego rezygnujemy. Wszystkie wiadomości zarwaliśmy w mini-książeczkach lub na fiszkach schowanych do koperty. Pokusiliśmy się nawet o szkic mapy z zaznaczonymi trasami wypraw (ok, wykonanie tego elementu należało ewidentnie do mnie).

doba na oceanie

doba na oceanie

Zupełnie przy okazji dowiedzieliśmy się, że korzystanie z kodów QR to świetna sprawa. Wyszukaliśmy odpowiedni filmik, uzupełniający nasz materiał, skopiowaliśmy adres, wygenerowaliśmy kod i proszę bardzo 🙂 Dostęp do reportażu z drugiej wyprawy atlantyckiej podany jak na tacy.

doba na oceanie

Powiem Wam w sekrecie, że lapbooki skradły moje serce. A Panicz już nie może się doczekać, kiedy zabierze swoją “książeczkę” do klasy i opowie kolegom o Olku, który spełnia swoje marzenia. Bo przecież warto marzyć!

wasz belfer

dziecko na warsztat

Kartki świąteczne dla zapracowanych :)

kartka wielkanocna

Lubicie dostawać kartki świąteczne? A wysyłać? Szukacie pomysłu, którego wykonanie nie zajmie wiele czasu? Tu znajdziecie coś, co z pewnością przypadnie Wam do gustu 🙂 

Przygotowanie świątecznych kartek staje się powoli naszą rodzinną tradycją. Siadamy wspólnie przy stole i tworzymy. Czasami okazuje się jednak, że mamy zdecydowanie za mało czasu/cierpliwości/zapału (niepotrzebne skreślić). Wtedy pozostaje nam sięgnąć po niewymagające, ale efektowne rozwiązania.
kartki wielkanocne
Tak stało się tym razem. Popołudniowe zmiany Najlepszego Męża Na Świecie oraz choroba Panicza mocno utrudniały zadanie. Postanowiliśmy jednak, że się nie poddamy i podołamy zadaniu.
Korzystając z szablonu znalezionego u <Mamarak> przystąpiliśmy do działania. Z kolorowego brystolu przygotowaliśmy podstawę naszych pocztówek. Zdecydowaliśmy, że na pierwszej stronie znajdą się pisanki (do wyboru są jeszcze zajączki). Nie sięgnęliśmy jednak po flamastry, jak proponowała autorka pomysłu. Zadecydowaliśmy, że wzory na jajka będą zaczerpnięte z kolorowych serwetek (pokłosie warsztatów decoupage, na których bawiliśmy się w <ferie>). Dodatkowo postanowiliśmy ozdobić życzenia stempelkami z kurczaczkiem lub owieczką.
kartki wielkanocne
W krótkim czasie uporaliśmy się z całą przygotowaną partią. Teraz wpiszemy piękne teksty (zatrudnię do tego Panicza), zapakujemy w koperty i siuuu na pocztę. Mam nadzieję, że przez tydzień dotrą do tych skrzynek, do których powinny. A Wy? Wysłaliście już swoje kartki?
wasz belfer

agroturystyka zimową porą, czyli Karmanowice odsłona druga :)

kozy

Ferie minęły bezpowrotnie. Czas wrócić do schematu działania dom-praca-dom-praca. Jednak akumulatory belfrowej rodziny zostały podładowane i do wakacji energii powinno wystarczyć. A jak odpoczywa Belfer? Oceńcie sami 🙂

Zeszłoroczne wakacje spędziliśmy delektując się wiejskim życiem. Pisklęta na wybiegu, razem z kozami, owcami i wietnamskimi świnkami, nabywały wiedzy o “prawdziwym życiu”. Szalały do późnych godzin korzystając z uroków przyrody. Kiedy nadeszła zimowa przerwa w zajęciach, pomyśleliśmy: dlaczego by tego nie powtórzyć?

widoczek

Zachęceni dobrym połączeniem kolejowym, urzeczeni troską i życzliwym podejście Gospodarzy, wyruszyliśmy do <Agroturystyki przy Wąwozie>. Jeśli zastanawiacie się, co można robić przy zimowo nieokreślonej pogodzie na wsi, odpowiem Wam: dobrze się bawić.

Jaja decoupage

Już pierwszego wieczora przesympatyczna Pani Ania zaproponowała nam wykonanie tych niebanalnych ozdób wielkanocnych. Niewielkie doświadczenie w tej materii mieliśmy (zerknijcie <tu> ). Okazało się jednak, że wytwory Gospodyni to prawdziwe dzieła sztuki i sami tez chcieliśmy takowe wyprodukować.

jaja decoupage

Wyposażyliśmy się więc w pokłady cierpliwości, wybraliśmy odpowiednie serwetki, przygotowaliśmy grunt (czytaj: pomalowaliśmy styropianowe jaja podkładem) i zaczęliśmy działać. Co prawda Pisklętom więcej czasu zabrało bieganie wokół stołu niż przyklejanie kolejnych elementów, ale ostateczne efekty przerosły nasze oczekiwania. Pięknie, niebanalnie i własnoręcznie wykonane. Drobne upominki dla najbliższych gotowe 🙂

jaja decoupage

Barany z masy solnej

Po pisankach przyszedł czas na masę solną. Temat znów nam znany, ale dane nam było poznać kilka sztuczek, dzięki którym wyroby są trwalsze i lepiej dopracowane (np. okazało się, że po dodaniu do wody niewielkiej ilości płynu do naczyń, masa solna jest bardziej elastyczna i nie pęka w trakcie pieczenia).

masa solna

Tym razem dzieci chętnie i wytrwale uczestniczyły w warsztacie. Ugniatały, lepiły, toczyły kule. Na koniec, przy pomocy wyciskaczki do czosnku, “ubraliśmy” zwierzaki w warstwę sierści, a po wypaleniu w piecu, pomalowaliśmy lakierem akrylowym. Efekty możecie zobaczyć sami.

masa solna

Koniki 

Największym jednak hitem okazały się koniki. Wiedzieliśmy oczywiście, że Panicz lubi te wyjątkowe zwierzęta. Nie spodziewaliśmy się jednak, że i dla Panienki jazda będzie tak ogromną frajdą. Dzięki wspaniałej Pani Instruktor z kębelskiej stadniny, przejażdżki okazały się być prawdziwą przyjemnością dla obojga Piskląt.

koniki

Ostatniego dnia, kiedy Panicz czuł się w siodle całkiem pewnie, a zajęcia odbywały się na powietrzu, syn otrzymał możliwość “kierowania” koniem. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wniosek nasuwa się sam- nie można takiej radochy dziecku odmówić. Koniecznie musimy się zmobilizować z zaglądać do Stajni “Przygoda” (o której pisałam <tu> ).

koniki

Jak sami widzicie, lubimy aktywnie spędzać wolny czas. W drugim tygodniu ferii zaliczyliśmy jeszcze kino i łyżwy 🙂 A jak Wy korzystacie ze swobody urlopowej? Podobnie do nas? A może całkiem inaczej? Chętnie się dowiem.
wasz belfer

‘Zimowa Przygoda’

Zimowa Przygoda

Wielkimi krokami zbliżają się ferie zimowe. Czas beztroskich szaleństw, nieoczekiwanych przygód, swobody. Dzieciaki  będą chętnie korzystały z niczym nie skrępowanej wolności. Zadbajmy o to, by były bezpieczne.

Aby rozpocząć rozmowę na temat zagrożeń, czyhających na młodego człowieka, zapraszam do świata Kędzierzawego Karolka. Tym razem malec wpakuje się niemal w całkiem spore kłopoty. Ciekawi? Klikajcie w link i pobierajcie.
 Życzę przyjemnego czytania 🙂
PS Ogromne podziękowania dla wspaniałej Mamarak, której zawdzięczam ilustracje. Kochana,  mam nadzieję, że to nie koniec naszej współpracy 🙂

Słoik Szczęścia

słoik szczęścia

Zwykle nie wciągają mnie akcje na portalach społecznościowych. Nie mam czasu ich śledzić, niechętnie ulegam trendom. Tym razem jednak postanowiłam zrobić wyjątek. Pomyślałam: <Słoik Szczęścia>, to jest myśl.

Być może spotkaliście się już z tym pozytywnym zjawiskiem. Chodzi o to, by codziennie wrzucać, do specjalnie przygotowanego pojemnika (niekoniecznie słoika), karteczki z zapisaną jedną pozytywną rzeczą, która nam się tego dnia przydarzyła. I tak przez cały, okrągły rok. Każdego dnia jedna notatka więcej.
Porozmawiałam z Paniczem i wspólnie doszliśmy do wniosku, że podołamy zadaniu. Poszukaliśmy odpowiedniego naczynia (swego czasu namiętnie malowaliśmy farbami witrażowymi, więc mieliśmy dość duży wybór), przyozdobiliśmy zakrętkę i do dzieła. Syn własnoręcznie (z niewielką doprawdy moją pomocą) zapisał pierwszą miłą rzecz :

Wspólnie spędzony czas.

Mam nadzieję, że wytrwamy w postanowieniu i za 366 dni o tej porze siądziemy odczytywać szczęśliwe chwile. I Was namawiam do tego samego.

wasz balfer

Pałac Pełen Bajek

pałac pełen bajek

Świąteczno – noworoczna przerwa to dobry moment, aby pobyć ze sobą. Zwykle pędzimy do szkoły, do pracy, po drodze podrzucamy Jaśnie Panienkę do przedszkolka i tak mija tydzień za tygodniem. Tym bardziej cieszy leniwe zakończenie roku. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdyby przyszło nam siedzieć w czterech ścianach i wpatrywać się w ekran telewizora (choć to kusząca perspektywa, tylko jakoś odzwyczaiłam się od tych wszystkich migoczących obrazów). 
Korzystając ze względnie znośnej pogody, dobrego samopoczucia i dziecięcego zapału Piskląt wybraliśmy się do <Muzeum Kinematografii>. Ot, co, pomyślicie. Żaden wielki wyczyn. A poza tym, cóż ciekawego może dzieciakom zaoferować taki przybytek kultury?
pałac pełen bajek

Może i to wiele 🙂 Kiedy już przejdzie się przez usytuowane na różnych kondygnacjach wystawy stałe i czasowe, poświęcone historii filmu (od momentu nagrania, przez montaż, aż po realizację), zwiedzi się wnętrza pałacowe (wszak w posiadłości Scheiblera obiekt jest usytuowany) i zachwytem przemierzy miasteczko z animacji “Latająca maszyna” (<tu> znajdziecie zapowiedź), dociera się na strych.
pałac pełen bajek

A tam, na całej niemal dostępnej przestrzeni, królują postaci z kultowych animacji mojego dzieciństwa (choć przyznam nieskromnie, że Pisklęta miały już niejedną okazję, aby tych bohaterów spotkać, choć zwykle na kartach książek – takie zboczenie zawodowe, hehe). Jest Miś Uszatek, przewyższający swą posturą Jaśnie Panienkę. Są: Muminki, Baltazar Gąbka i Szpieg z Krainy Deszczowców. Nie zabrakło również Reksia, Pik-Poka, czy Zaczarowanego Ołówka. Wieka szkoda, że animacja z tym ostatnim nie działała tak, jak powinna i nie mogliśmy znaleźć się w jednym kadrze z Piotrkiem i jego wiernym psem (będziemy mieli powód, aby odwiedzić to niezwykłe miejsce kolejny raz).
pałac pełen bajek

Co szczególnie nas zachwyciło? Interaktywność wystawy. Możliwość dotknięcia właściwie wszystkich eksponatów (co zaczyna powolutku być normą w wielu muzeach), gwar, śmiech i przyzwolenie na dziecięce wariacje 🙂 
Dodatkowymi atutami są z pewnością wydzielone miejsca, w których można odpocząć, poczytać książki z bohaterami ekspozycji w rolach głównych. Jest też fragment podłogi z wyświetlającą się planszą do gry dla małych wiercipiętek.
pałac pełen bajek

Dawno nie byliśmy w tak kolorowym i przyjaznym dzieciom miejscu. Gdybyście byli przypadkiem (lub całkiem planowo) w Łodzi, koniecznie odwiedźcie Pałac Pełen Bajek. Warto 😀 
wasz belfer

Fabryka świętego Mikołaja, czyli zrób to sam :D

zakręcony belfer
Ho, ho, ho, zakrzyknie wkrótce pewnie sympatyczny grubasek w czerwonym wdzianku. I czy kto młody, czy stary, uśmiechnie się do pakunków zajmujących honorowe miejsce przy choince. Nawet jeśli dar będzie miał wymiar wyłącznie symboliczny, poczuje się doceniony i zauważony.

Nim jednak zabłyśnie pierwsza gwiazda oznaczająca początek świętowania, małe skrzacie rączki w fabryce na dalekim biegunie, pracowicie przebierają paluszkami (i bynajmniej nie bębnią o blat, tylko szyją, kleją i mocują).
Idąc śladami legendarnych pracusiów zakasałam rękawy i przysiadłam do planowania pracy w swojej manufakturze. Tak już się utarło w Magicznym Domu, że część podarków wykonujemy własnoręcznie (czytaj: mama siada i kombinuje). W ubiegłych latach pojawiły się już najróżniejsze drobiazgi, w tym zaś roku skupiamy się na trzech “produktach”. Ciekawi jakich?
Kartki świąteczne

zakręcony belfer

Nie ze wszystkimi zdołamy się spotkać choćby na chwilę w nadchodzącym czasie, a ponieważ próbujemy zaszczepić w Pisklętach potrzebę przesyłania pocztowych pozdrowień, ślemy kartki. Nie satysfakcjonują nas jednak te, które można nabyć (choć niektóre są przepiękne). Wolimy siąść wspólnie przy stole, rozsypywać brokat, wycinać gwiazdy, kleić i malować. W efekcie do adresata trafia nie tylko pocztówka, ale część naszych serduszek. Ciepło myślimy o wszystkich, którzy znajdą w swych skrzynkach niepozorne na pierwszy rzut oka, nieporadnie wypisane dziecięcą ręką życzenia.
Bombowe szaleństwo

zakręcony belfer

A tych, z którymi uda nam się spotkać, obdarujemy bombkami, a jakże. Już od jesieni czekają w pudle styropianowe kule. Teraz tylko wybierzemy sposób ozdabiania i gotowe. Musicie wiedzieć, że styropian to taki wdzięczny materiał, który daje się wykorzystywać na wiele sposobów, zatem każdy znajdzie dla siebie odpowiednią technikę pracy. Mnie najbardziej odpowiadają fale tworzone za pomocą płatków kosmetycznych i śrubokręta, Panicz woli oklejanie bibułą, a Panienka obsypywanie brokatem. Dla każdego coś miłego.
Tańczące panienki

zakręcony belfer

Co roku przygotowujemy dla dzieciaków “uszytki”. W ubiegłych latach były to różnej maści zwierzęta (możecie je obejrzeć choćby <tu> , w stosownym albumie). W tym roku zdecydowaliśmy się na laleczki. Pierwsze panienki już powstały, teraz czas rozwinąć dalszą działalność. Mam nadzieję, że takie niepowtarzalne, bo własnoręcznie przygotowane przytulanki będą długo cieszyć małe właścicielki (tak się złożyło, że więcej mamy dziewczynek do obdarowania, a i dla chłopców coś też się znajdzie).
Bez względu na to, czy postanowicie wykonać podarki własnoręcznie, czy zdecydujecie się na kupione drobiazgi, z pewnością sprawicie obdarowanym przyjemność. I to jest najważniejsze w nadchodzących świętach- uśmiech na twarzy i radość w sercach.

PS Więcej pomysłów na prezentowe drobiazgi znajdziecie <tu>
zakręcony belfer

Nie samą pracą człowiek żyje, czyli historia pewnej sukienki ;)

Rowerowa dzianina. Kiedy ją zobaczyłam pierwszy raz , od razu wiedziałam, że muszę coś z niej uszyć. Tylko co? Myślenie nie zajęło mi wiele czasu. Choć niezbyt często można mnie było do tej pory zobaczyć w sukience, to własnie na tę część garderoby padł wybór. A od pomysłu do realizacji jest u mnie krótka droga 🙂

Ponieważ planowanie nie jest moją mocną stroną, spontanicznie powzięłam decyzję, aby zamiast tradycyjnego wykroju posłużyć się inną sukienką. Wszak mamy modę na dresowe tuniki, zatem nie wiedziałam na drodze do celu większych przeszkód. O święta naiwności, chciałoby się rzec. Podejrzewam, że w tym momencie każda dobra krawcowa załamałaby ręce i z niedowierzaniem pokręciła głową. No cóż. Niełatwo wybić mi z głowy pomysł, który raz do niej wpadł i zdążył się już zadomowić.

W krótkich słowach: sama sukienka nie była rzeczywiście skomplikowana (choć oczywiście musiałam wnieść kilka poprawek w pierwotnym projekcie). Jednak rękawy… Te pozostawiłam lepszym od siebie 🙂 Z odsieczą przyszła Mami, która ma zdecydowanie większe pojęcie o projektowaniu ubiorów niż ja. Grunt, że się udało. Premiera prototypu nastąpiła podczas warsztatów organizowanych przy okazji “Lektur w kadrze”. Przeżyłam, nie umęczyłam się (było mi całkiem wygodnie, hehe). Co prawda nadal uważam, że to raczej długa koszulka, ale będę ją nosić z godnością, hehe.

Przyszedł czas na wersję mini 😉 Jeśli pomyśleliście o krótszej wersji mojego wytworu, to jesteście w błędzie. Postanowiłam bowiem uszyć sukienkę dla córki (uwielbiam komplety). Wykrój wykonałam identycznie, jak w większej wersji. Wyciągnęłam z szafy sukieneczkę Jaśnie Panienki, przypięłam szpilkami do materiału i wycięłam. Z tym jednym zastrzeżeniem, że rękawy stanowiły całość z tułowiem (jakkolwiek głupio to brzmi, po prostu wykroiłam cały pożądany kształt, nie bawiąc się w doszywanie kolejnych elementów). I tym sposobem uczciłyśmy nasze święta: miniony Dzień Mamy i nadchodzący Dzień Dziecka. Jeśli więc spotkacie gdzieś “na mieście” dwie szalone istoty w “rowerowych” sukienkach, to mieliście szczęście 😉 Ujrzeliście na żywo Zakręconego Belfra, hehe.
A Wy, lubicie komplety? 

Rowerowo

W końcu zrobiło się ciepło. Nie żeby tropiki, czy coś w tym rodzaju, ale dość aby oddać się ulubionej rodzinnej rozrywce- rowerowaniu. Co prawda zdarzyło nam się już wspólnie wyjechać w tym sezonie na pobliskie szosy (właściwie to całkiem uczciwe ścieżki rowerowe), ale była to raczej rundka na rozgrzewkę (skromna godzinka w Paniczowym tempie).
Prawdą jest, że niektórym z nas udało się popedałować nieco więcej (Najlepszy Na Świecie Mąż wieczorami odbywa krótkie wypady, a i mnie rodzony tatuś przewiózł jedyne czterdzieści kilometrów po okolicznych wsiach i wioskach, hehe), niemniej wspólnie nie mieliśmy okazji. Korzystając zatem ze sprzyjających warunków postanowiliśmy końcówkę szałowej majówki spędzić na rowerach.
Dokąd można pojechać z dziećmi, żeby było ciekawi i przede wszystkim bezpiecznie? Do parku! W miarę dużego i niekoniecznie blisko. Za to przez cały czas po wyznaczonej ścieżynce 🙂 Wybraliśmy Arturówek (mieszkańcom Łodzi i okolicy znany z kąpieliska i wypożyczalni rowerów wodnych). Byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że chyba pół miasta wpadło na ten sam pomysł. Dopóki nie musieliśmy jechać ulicą, nie było problemu. Znacznie gorzej sprawa się miała na jedynym odcinku, który pozbawiony jest drogi rowerowej (wąska uliczka Skrzydlata, prowadząca wprost do parku). Zapaleńców jazdy jednośladem od groma (ok, jechaliśmy gęsiego, tak się zdarza). Do tego zaparkowane na chodniku samochody i kierowcy pędzący w jedną i drugą stronę (nie mówię, że wszyscy, spora grupa zachowywała się w sposób kulturalny, najgorsi są tacy, którzy muszą się wyłamać). Słabo. Gdyby ktoś pomyślał w przyszłości o wydzieleniu miejsca dla rowerzystów, to byłby bardzo miło.
Nie poddaliśmy się jednak. Dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy, że wszystko jest po staremu i na swoim miejscu, zregenerowaliśmy się i do domu 😀 Czy warto było, zapytacie. Warto. Teraz już wiemy, że Panicz podrósł na tyle, żeby przy dwudziestu kilometrach wyprawy nie narzekać na zmęczenie 🙂 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Znalazłeś inspirację? Podziel się!

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Pinterest
Instagram