Marzenia do spełnienia

mapa marzeń

Słyszeliście kiedyś o mapie marzeń? Nie? Ja, do niedawna, też nie wiedziałam, że można taką stworzyć. Kiedy jednak usłyszałam o tym pomyśle, natychmiast postanowiłam, że muszę go wykorzystać 🙂


Lubię pracę wychowawcy. Oprócz momentów, w których staję się liczykrupą i wypełniam różne tabelki, aby statystyki się zgadzały, przede wszystkim dobrze się bawię z moimi podopiecznymi. Zwykle staram się jak najlepiej poznać wychowanków, tak aby w razie konieczności móc im pomóc, doradzić, czy zwyczajnie mieć o czym rozmawiać. W tym celu wykonuję z dzieciakami różne zadania (mniej lub bardzie wymagające odkrycia własnej osobowości).
Na początku roku szkolnego, tradycyjnie już, wykonaliśmy teczki (przeczytacie o nich <tu>). Gromadzimy w nich rożne drobiazgi (miłe słowa, sympatyczne kartki, listy do Mikołaja). Dziś przyszła kolej na nowy element naszych kolekcji: mapę marzeń.
Korzystając z faktu, że znajdujemy się na początku roku (choć już luty, to nadal daleko do końca), poprosiłam, aby młodzi ludzie pomyśleli o tym, co chcieliby osiągnąć w nadchodzącym czasie, o czym marzą. Zaznaczyłam, że pragnienia mogą być całkiem przyziemne, ale byłoby miło, gdyby podzielili się też tymi całkiem szalonymi i nieoczywistymi.
Następnie rozdzieliliśmy między siebie kolorowe czasopisma, z których wycinaliśmy elementy symbolizujące nasze marzenia. Znalazły się wśród nich również również krótkie hasła i sentencje. Wycinki przykleiliśmy do kartek, tworząc barwne kompozycje. Jeśli trzeba było, dopisywaliśmy lub dorysowywaliśmy brakujące elementy. Teraz wiemy, do czego chcemy dążyć w ciągu najbliższych miesięcy.
Na zakończenie, każdy po kolei opowiadał o swoim kolażu. Dzięki temu ćwiczeniu dowiedziałam się o moich “dzieciach” (nie gniewajcie się Kochani) wielu ciekawych rzeczy. A przy okazji sprecyzowałam własne pragnienia. Jak myślicie, o czym marzę?

‘Piotruś Pan i Wendy’

Piotruś Pan i Wendy

Szalona przygoda? To możliwe. Nawet bez wychodzenia z domu. Wystarczy sięgnąć po dobrą książkę 🙂 

Nie znam osoby, która na pytanie o Piotrusia Pana, odpowiedziałaby: nie znam gościa. Za sprawą licznych filmów, a może przede wszystkim bajek, jest on postacią równie rozpoznawalną, co wróżka Dzwoneczek (która doczekała się nawet własnej serii animacji). Kłopot pojawia się wtedy, gdy pytamy:

A książkę Barriego znasz?

Prawdopodobnie część rozmówców zrobi wielkie oczy (jakoś nie przyszło im do głowy, że pierwowzór niesfornego chłopca znajduje się w literaturze). Inni stwierdzą, że poznali urwisa na tyle dobrze, że nie potrzebują o nim czytać. W końcu znajdą się i tacy, którzy zastanowią się chwilę i dojdą do wniosku, że warto byłoby ją poznać. 
Piotruś Pan i Wendy
Tak się złożyło, że Belfer znalazł się w ostatniej grupie (cóż za zaskoczenie). Będąc wielką fanką “Chłopców” Ćwieka, miałam okazję uczestniczyć w <spotkaniu autorskim>, podczas którego wspomniana książka Barriego kilkukrotnie została przywołana. Pomyślałam sobie: skoro Kuba wskazuje na źródło swojej inspiracji, przydałoby się to źródło poznać).
W niedalekiej przyszłości do Magicznego Domu zawitał pięknie wydany wolumin. Sztywna oprawa z przepięknymi ilustracjami Roberta Ingpena oraz grube, pachnące nowością stronice zachęcały do lektury.
Piotruś Pan i Wendy
Daruję sobie wyszczególnianie elementów, które zostały przez Kubę zaczerpnięte z utworu Barriego (nie w tym wszak rzecz, dociekliwi sprawdzą sami). Dość, że napiszę, iż przygody Piotrusia które znalazłam na kartach powieści, różnią się od znanych mi dotąd przekazów. Na literacki pierwowzór nie nałożono kilogramów lukru, które miałyby zachęcić czytelników do podążania za bohaterami (i bez nich trudno oderwać się od powieści). Zapodziani chłopcy, choć nadal emanują niewinnością, zdają się mniej beztroscy (szczególnie, gdy nie ma z nimi Piotrusia). Wendy sprawia wrażenie zmęczonej obowiązkami (udając cały czas mamę, staje się nią nie tylko na niby), a Dzwoneczek ani odrobinę nie jest kuszącą chichotką z obrazów Disneya (powiedziałabym nawet, że jest jej zaprzeczeniem).
Piotruś Pan i Wendy
Największa jednak różnica tkwi w samym Piotrusiu. Charakter tego bohatera właściwie niewiele różni się od osobowości Pirata. Robi tylko to, na co ma ochotę, bywa bezsensownie okrutny i dba wyłącznie o swoją wygodę. Przede wszystkim kocha zabawę (przerażeniem napawa go fakt, że chłopcy mogliby zacząć uważać, że naprawdę jest ich ojcem). Mam wrażenie, że nie zdaje sobie sprawy z tego, że zadaje innym cierpienie. Wszystko traktuje w kategoriach wygłupu.
Poznawszy historię nicponia z Nibylandii wiem, dlaczego jest tak atrakcyjna jako źródło natchnienia. W gruncie rzeczy to opowieść o odwiecznych ludzkich pragnieniach. Kto z nas bowiem nie chciałby przeżyć choć jednego dnia tak wspaniałych, beztroskich przygód?

Prosto z serca, najlepsze życzenia

prosto z serca
Gdyby zapytać dzieci, kto jest dla nich najważniejszy na świecie, zaraz po rodzicach i bohaterach ulubionych bajek (czasami nawet w odwrotnej kolejności), to zapewne uzyskalibyśmy informację: babcia i dziadek.

I nie ma w tym niczego dziwnego. Nikt na świecie nie potrafi tak opowiadać bajek i lepić pierogów jak babcia. Trudno też znaleźć kogoś, kto chętniej pójdzie na spacer albo zabierze na przejażdżkę rowerem niż dziadek.
Dlatego też, z okazji wyjątkowego święta, przygotowaliśmy wyjątkowy prezent. Wysadzane szlachetnymi kamieniami serce. Z portretami ukochanych osób w środku.
Czego potrzebowaliśmy? Lista nie jest długa: tektura (może być zbędne już pudełko), kartka białego papieru, kredki, tasiemka, kolorowe kamyki (nabyte w jednym ze sklepów sieciowych, na jakąś okazję), klej, nożyczki, metalowe klipsy.
prosto z serca
Wykonanie tego efektownego drobiazgu nie powinno sprawić Wam trudności. Z całą pewnością natomiast sprawi radość obdarowanemu 🙂 
  • Na początku wycinamy “próbne” serce z papieru. Jeśli jesteśmy zadowoleni z jego kształtu przykładamy do tektury i dwukrotnie odrysowujemy (jeśli nie zadowala nas wygląd serca, próbujemy do skutku). Wycinamy.
  • Następnie odrysowujemy serce na białym papierze. Mniej więcej pośrodku dzieciątko maluje portrety: jeden dziadka i jeden babci.
  • Wycięte portrety przyklejamy do tektury tak, aby “patrzyły” na siebie.
  • Kolejnym krokiem będzie przyklejenie tasiemki tak, w taki sposób by połączyć tekturowe serca z jednej strony. Z drugiej mocujemy dwa dłuższe kawałki wstążeczki, które będzie można związać (dla pewności, że tasiemki dobrze się trzymają, zanim klej dobrze wyschnie, możemy przypiąć w miejscu mocowania klamerki).
  • Ostatnią czynnością jest przyklejenie kamyków. W ozdabianiu panuje całkowita dowolność. Ogranicza Was wyłącznie Wasza wyobraźnia.
Gotowe! Jak efekty? U nas oszałamiające. Zdaje się, że Babcia podziela to zdanie 🙂 I wiecie co? Przy takiej laurce nie potrzebne są już żadne dodatkowe słowa.

wasz belfer

Pięć kroków do dobrego wystąpienia.

trening czyni mistrza
<źródło>
W ostatnich dniach wraz z moimi licealistami, wiele rozmawialiśmy na temat dobrego wystąpienia maturalnego.

Od zeszłego roku przestała bowiem obowiązywać tzw. prezentacja maturalna i młodzi ludzie odpowiadają na wylosowane pytanie (formuła nawiązuje odrobinę do tego, co było przed poprzednią zmianą, czyli dawno, dawno temu…).
O tym, że zmianę taką uważam za korzystną przeczytacie <tu>. Jak jednak przygotować się do publicznego przemawiania? Jak walczyć z własną nieśmiałością i tremą ? I w końcu, jak losować, aby dobrze wylosować? O tym własnie przeczytacie poniżej.
KROK PIERWSZY
Nie daj się zaskoczyć. Czytaj, czytaj i jeszcze raz czytaj. A jeśli nie jesteś wielkim fanem literatury, wybierz kilka absolutnie obowiązkowych tekstów zawierających stosunkowo wiele motywów literackich i opracuj je dokładnie. Pamiętaj przy tym, że przywoływane przez Ciebie książki wcale nie muszą pochodzić z kanonu lektur szkolnych.
KROK DRUGI

Motywy literackie są obecne we wszystkich omawianych na zajęciach tekstach. Pod każdą notatką zapisuj, przy jakiej wypowiedzi można wykorzystać konkretne dzieło. Taki drobiazg, a może znacznie ułatwić późniejsze przygotowania.
KROK TRZECI

Trening czyni mistrza. Jeśli tylko masz chwilę, zerknij na stronę <Centralnej Komisji Edukacyjnej>. Tam znajdziesz przykładowe tematy ustnych wystąpień. Wybieraj losowo zagadnienia i spróbuj je opracować. Skonstruuj konspekt, a później siądź i mów tak, jakbyś siedział właśnie przed komisją. Koniecznie przygotuj zegarek, niech kontroluje czas Twojego wystąpienia.
KROK CZWARTY

Nagraj się. Masz już wprawę w mówieniu, czas zweryfikować efekty Twojej pracy. Tylko w ten sposób zdołasz wychwycić własne błędy. Masz też możliwość zastanowić się, co jeszcze można zrobić, aby prezentacja była lepsza.
KROK PIĄTY

Kiedy nadejdzie dzień egzaminu, ubierz się stosownie do sytuacji, ale wygodnie. Lepiej być skoncentrowanym na mówieniu, niż na tym, że jest coś Cię upija. Zadbaj o swój komfort. Jesteś dobrze przygotowany, więc wszystko musi pójść śpiewająco.
Jeśli wykorzystacie te rady, myślę, że każde wystąpienie się uda. Wszak matura to zaledwie wstęp do kolejnych publicznych wystąpień (choćby na studiach, część egzaminów jest ustna, a zdać je trzeba). Poza tym, nigdy nie wiadomo, jak potoczy się Wasze życie 🙂
PS A <tu> zobaczycie jak Belfer ćwiczy dykcję. I jak? Ujdzie?

Rok z książkami

rok z książkami

Miniony właśnie rok był pod wieloma względami niezwykły. Zaskakiwał, dawał do myślenia, bawił, czasem smucił. Pod jednym szczególnie względem był wyjątkowy. Polubiłam kryminały 😀 


Nim jednak do tego doszło, upłynęło sporo wody. Na fali <Ogólnopolskich Wyborów Książek> sięgnęła po tytuły, które do tej pory odsuwałam od siebie. Trudno było mi zaakceptować, że Martin zawładnął wyobraźnią młodych ludzi. Siadłam jednak i pierwszy tom “Pieśni ognia i lodu” przeczytałam (wrażenia z lektury znajdziecie <tu> ).

Trzeba było przeprosić się również z Andrzejem Sapkowskim, czy poznać Riordana (pamiętajcie, że nie oglądam telewizji, więc filmowe przygody Peryseusza Jacksona były mi całkiem obce). Ten drugi nawet przypadł mi do gustu i z chęcią pochłonęłam wszystkie pięć części sagi o niezwykłym synu Posejdona.

I kiedy zaczynałam po woli dochodzić do wniosku, że poznałam już wszystko, co mogłam i chciałam, natrafiłam na powieść Katarzyny Bondy. Co prawda na rzeczonej liście lektur jej nie było, ale okazyjnie wpadła w moje ręce. I przepadłam.

rok z książkami
W ciągu półtora miesiąca przeczytałam wszystkie dostępne opowieści tej niezwykłej pisarki. I wciąż mi mało (a kolejne tomy dopiero we wrześniu 2016, dobrze chociaż, że akcja osadzona będzie w moim rodzinnym mieście, hehe). Zauroczył mnie podkomisarz Meyer, któremu dorównuje charakterem Sasza Załuska. Bohaterowie z krwi i kości. Ludzcy w swoich słabostkach, doskonali w niedoskonałościach. Targani przeczuciami, kierujący się intuicją. Pan i pani profiler

Zagadkowe morderstwa przeplatają się z historią. Sława nie idzie w parze z prawdą, a zaufanie z bezpieczeństwem. Jednym słowem: kawał dobrej, psychologicznej roboty. A morderstwo to tylko taki mały dodatek 🙂 
W miarę jedzenia apetyt rośnie. Sądzę, że pierwsze kryminalne kroki zapewnią mi długą i interesująca przygodę z tym gatunkiem. Nie może być inaczej.
rok z książkami
Oczywiście nie zawiódł i Kuba Ćwiek. Nie dość, że wydał  pod koniec roku rewelacyjnych “Chłopców”, to jeszcze wybrał się na spotkanie autorskie do Łodzi ( o czym przeczytacie <tu> ), że o czytanym gdzieś w styczniu “Dreszczu” nie wspomnę, hehe. Żyć nie umierać. 
Mam nadzieję, że rozpoczynający się właśnie 2016 r. będzie przynajmniej równie owocny jak miniony. Już widzę pierwsze tytuły, które go wypełnią.

PS Choć nie wzięłam udziału w żadnym czytelniczym wyzwaniu, czuję się usatysfakcjonowana liczbą “prywatnie” przeczytanych tytułów (lektur szkolnych wszak nie liczę). Z drugiej jednak strony, nigdy nie mam dość. 

wasz belfer

Pozytywny trening

Od pewnego czasu na drzwiach mojej pracowni zawieszam “uśmieszki do wzięcia”. No wiecie, coś na zasadzie ogłoszenia, w którym zamiast numeru telefonu, który można oderwać i włożyć do kieszeni, odrywa się uśmiech.

Po co to robię? Ponieważ uznałam, że stanowczo brakuje miłych akcentów w naszym szkolnym otoczeniu. Idzie jesień, miewamy zmienne nastroje, więc warto popracować nad tym, aby nie dopadła nas chandra 🙂
Poza tym pomyślcie sami: idziecie korytarzem, nagle dostrzegacie niespodziewanie sympatyczny gest i dzień od razu staje się lepszy.
Uczniowie już żartują, że powinnam zostać trenerem personalnym, tak dbam o ich poczucie własnej wartości i dobre samopoczucie (rozmawialiśmy też o tym, w czym czują się najlepsi i okazało się, że każdy znalazł przynajmniej jedną taką dziedzinę życia, w której czuje się wyjątkowo i pewnie). Może coś w tym jest. Póki co jednak, poprzestanę na rozdawaniu dobrego humoru. W nadchodzącym czasie bardzo się przyda.

Czego Jaś się nie nauczy…

Zakręcony belfer

Taka sytuacja. Jak co rano jedziemy z Paniczem do szkoły środkami komunikacji miejskiej. Na jednym z kolejnych przystanków wsiada młoda mama z dzieckiem w wózku. Kupuje w automacie bilet i chowa go do kieszeni w kurtce. Nie kasuje. Droga przebiega harmonijnie, nie ma specjalnego tłoku. Tuż przed końcem trasy wsiadają dwie niepozorne postaci. Drzwi zamykają się, a równocześnie padają słowa: 

Dzień dobry, proszę przygotować bilety do kontroli.

Matka Polka, która nie zdążyła się w porę zorientować w sytuacji, zastyga w pół ruchu pomiędzy wózkiem a kasownikiem. Uprzejmy kontroler, nie doczekawszy się ważnego biletu, prosi o dowód osobisty. I tu zaczyna się właściwa scena. W Matkę Polkę jakby piorun strzelił. Zaczyna wykrzykiwać na cały głos, że przecież jeden przystanek może przejechać (! cóż za hipokryzja). I jak miała wózek puścić, żeby skasować bilet (choć kasownik miała na wyciągnięcie ręki)? A poza tym : “mógłby się Pan zająć uczciwą pracą, a nie bilety sprawdzać (znaczy jaką?!)”. Natychmiast zyskała oczywiście grupę wsparcia w podróżujących z nami emerytach. Jatka na całego.
Pewnie powiecie:

Dzień, jak co dzień. Nie ma się czym ekscytować.

Pewnie macie rację. Zastanawiam się tylko, jaką lekcję odebrał maluch siedzący w wózku? Czego się nauczył? Że krzycząc wystarczająco głośno można wmówić innym, że czarne jest białe i na odwrót? Że można bezkarnie obrażać tylko dlatego, że rzetelnie wykonują swoją pracę? Czy w końcu, że można dowolnie manipulować faktami, aby osiągnąć cel?
Nie jestem idealna. Popełniam błędy. Robię głupstwa. W odróżnieniu jednak od tej przypadkowo spotkanej matki, potrafię się do nich przyznać i ponieść konsekwencję. Bo na tym polega dorosłość. I tego chcę nauczyć moje dzieci. 
Zakręcony belfer

I daję Ci wolność…

poszli sami
Dlaczego nam, rodzicom, tak trudno jest dać dzieciom wolność? Pozwolić na dokonywanie wyborów nie wpływających na bezpieczeństwo pociech? Ofiarować samodzielność? Co w tym złego, że dziś założą tę bluzkę i niepasujące do niej spodnie? Lub pragną mieć długie włosy nawet jeśli są małym chłopcem?

Patrzę na pokolenie wychowywane “pod kloszem” i zastanawiam się, jak ci młodzi ludzie będą funkcjonować w swoim dalszym życiu? Wszystko mają podstawione pod nos, wszędzie są dowożeni na czas, nie mają przestrzeni, w której mogliby popełniać błędy. Upadać i podnosić się po porażkach. Przecież, na wszelki wypadek, zadbamy o to, że nic złego się nie wydarzyło. Niech mają szczęśliwe dzieciństwo.
I rosną nam, przekonani o swojej wyższości nad światem, humanoidy. Niewyposażone w umiejętność radzenia sobie ze stresem, nieodporne na niepowodzenia, bojące się podejmować decyzji, wyjść do ludzi. Nawet zwykłe samodzielne przemieszczenie się z punktu A  do punktu B nie odbędzie się bez GPS-u w telefonie.
Skąd u mnie takie przemyślenia? Otóż. Starsze dziecię, zwane Paniczem, wyjeżdża na trzydniową wycieczkę. Młodzieniec rozpoczął naukę w klasie pierwszej. Wraz z sześciolatkami. I okazało się, że na wyprawę zgłosiła się tylko garstka dzieciaków. Smutne jest to, że nie względy finansowe stanęły na przeszkodzie, aby wspólnie spędzić ten czas. Przeważyło przeświadczenie, że “mój pierwszak jest jeszcze za mały, nie poradzi sobie”. Kiedy zatem nadejdzie ten dzień, aby odczepić się od maminej spódnicy? Kiedy wyposażymy młodego człowieka w poczucie odrębności? Odpowiedzialności za czyny? O obowiązkach nawet nie wspomnę (przecież zrobię to: lepiej, szybciej, dokładniej). Wierzcie mi, siedmiolatek potrafi już pościelić swoje łóżko i poskładać ubrania. A nawet zrobi sobie kanapkę. Spróbujcie, a przekonacie się sami.
Czy będę się denerwować, kiedy syn będzie szalał w lesie? Zapewne. Ale obiecałam sobie, że nie zadzwonię. Wierzę, że dziecię da radę. I życzę Wam rodzice, abyście również uwierzyli. W swoje dzieci.

Porozmawiaj ze mną

Najtrudniejsze w pracy nauczyciela jest toczenie rozmów. Zarówno z rodzicami, jak i z samymi uczniami. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to sztuka prowadzenia dialogu jest w ogóle jedną z najtrudniejszych umiejętności w życiu każdego człowieka.


Gdyby można było konwersować tylko z osobami, które się lubi. O, to byłoby jakieś rozwiązanie. Życie jednak pisze inne scenariusze i bardzo często stawia na naszej drodze różne postaci, czasem takie, z którymi nie mamy ochoty przebywać w jednym pomieszczeniu, a co dopiero wymieniać się poglądami.
Założyłam sobie w tym roku, że jednak podejmę wyzwanie. Będę zapraszać rodziców moich uczniów po to, aby móc dzielić się spostrzeżeniami. I nie myślcie, że mam zamiar skarżyć, co to, to nie. Mam silne postanowienie przede wszystkim przekazywać pozytywne informacje. Oczywiście, jeśli wydarzy się coś niedobrego, również tego będzie dotyczyła wymiana zdań, ale jednak najważniejsze to dostrzec w drugim człowieku jego jasną stronę i głośno o tym mówić.

A co z tymi uczniami, którzy przysparzają więcej kłopotów niż inni? Widocznie potrzebują więcej uwagi (nie mylić z : więcej uwag), cierpliwości. Być może trapi ich coś, o czym nie wiem, albo nawet sami zainteresowani nie potrafią tego sprecyzować. Pogadamy- zobaczymy. Z każdej sytuacji znajdzie się przecież wyjście 🙂

Spacerując dziś z dzieciakami (prywatnymi, korzystamy z ostatnich ciepłych dni), pomyślałam sobie, że najtrudniejsi w rozmowie są ci, którzy pokazują światu kolce. Nie dlatego, że można się pokłuć przy bliższym spotkaniu, ale dlatego, że są bardzo samotni. Głęboko wierzę, że w każdej takiej skorupie siedzi sobie piękny, rudy kasztanek i czeka, aż ktoś go w końcu odkryje.

A ja mam czas i będę cierpliwie czekać. I rozmawiać. Bo wiem, że warto.

Bez tej miłości (nie) można żyć…

Mamy wrzesień. Pogoda piękna, kwitnie w nas optymizm niesiony na fali wakacyjnych wspomnień. Powoli wracamy do szkolnej codzienności, choć na razie do rutyny jest jeszcze bardzo daleko.
Są jednak takie działania, które na stałe wpisały się w pierwszy miesiąc zajęć (i nie mówię tu o rozpoczęciu roku szkolnego, rzecz jasna). Jednym z nich jest wizyta w Domu Małego Dziecka (tym, którzy nie pamiętają proponuję zajrzeć do innych wpisów na ten temat, choćby <tu> ).
Tegoroczna wyprawa była jednak pod wieloma względami wyjątkowa. Znów miałam okazję zaobserwować, że ci wszyscy “twardziele” przy dzieciakach niemal wyciągają swe serduszka, spod skorupy, jak na dłoni. Choć czasem zachowują się nieporadnie, to ja i tak wiem, że czas spędzony z maluchami robi na nich spore wrażenie (wbrew opiniom, że dzisiejsza młodzież to już nie ma żadnych uczuć).
Poza tym, w przypadkowy sposób, dowiedziałam się, że wolontariat sprawia młodym ludziom frajdę. Poprosiłam, aby moi uczniowie przynieśli ze sobą jakieś drobiazgi, które mogą się przydać w Domu (kolorowanki, kredki itd.). Tymczasem od jednej z mam usłyszałam relację z zakupów poprzedzających wyprawę. Wynikało z niej, że najchętniej do koszyka sklepowego spakowane zostałoby pół sklepu, bo wszystko się przyda (a budżet placówki państwowej, jak niestety wiadomo, jest mocno ograniczony). Tym samym otrzymałam namacalny dowód na to, że zajęcia w Domu Dziecka nie są przykrym obowiązkiem (bo tak wypada), tylko wynikają z potrzeby serca. Nie musimy przychodzić, ale przychodzimy, bo chcemy.
Najważniejsze jednak jest to, co zobaczyliśmy w oczach naszych “gospodarzy”. Niekłamana radość pomieszana z ciekawością i nieodpartą potrzebą bycia razem. Siadanie na kolanach, noszenie na rękach, wspólne czytanie książek. Tak niewiele potrzeba, aby świat stał się piękniejszy.
I na koniec, słowo wyjaśnienia: po co w ogóle uparłam się, aby organizować szkolny wolontariat? Otóż dlatego, że żadne WDŻWR (mówiąc po ludzku: wychowanie do życia w rodzinie) nie da młodym ludziom tyle, ile refleksja i rozmowa po odwiedzinach u naszych maluchów. Bez patosu i wielkich słów, każdy z moich uczniów ma szansę dostrzec, że czasami jeden błąd zmienia całe życie. Niekoniecznie tylko nasze i z całą pewnością nie na lepsze. Bo czy bez miłości można żyć?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Znalazłeś inspirację? Podziel się!

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Pinterest
Instagram