ten zeszyt będzie ok!

ok zeszyt

Każdy ma jakieś postanowienia noworoczne, mam i ja. W tym roku szkolnym stawiam nie tylko na gamifikację (podobnie jak w zeszłym, o czy przeczytacie <tu>), zamierzam również w jeszcze szerszym zakresie wprowadzić ocenianie kształtujące na zajęcia.

Kiedy ostatnio szukałam materiałów dotyczących OK, dotarłam do zdania, które moim zdaniem definiuje zjawisko. Zakładało ono, że ocenianie kształtujące to nie tyle forma oceniania własnie, ale rodzaj relacji otwartej na potrzeby ucznia, dobrze zaplanowanej komunikacji. Przyznajcie, że to niezwykle trafna, a zarazem zwięzła definicja ?
Idąc tym tropem postanowiłam, że oprócz dołączonej standardowo do prac informacji zwrotnej (z wyszczególnionymi umiejętnościami) oraz cyklicznej ewaluacji, wprowadzę elementy charakterystyczne dla ok zeszytu. A co tam, jak szaleć, to szaleć. Zabawę zaczniemy od dodania do zwyczajowych notatek znaków graficznych, dzięki którym zapiski zostaną uporządkowane. Sądzę, że z czasem uczniowskie kajety staną się nieocenionym źródłem wiedzy, indywidualnie opracowanej, a jednak dla wszystkich tożsamej.
Na początek proponuję trzy znaczki. Myślę, że ich przesłanie jest jasne. W dalszej kolejności popracujemy nad innymi elementami. A może Wy coś podpowiecie? Pracujecie z ok zeszytami?
Na zakończenie mam dla Was coś, co mnie urzekło, piosenkę przygotowaną przez <Kasię Polak>, w której zawarte zostały najważniejsze zasady ok zeszytu. Lepszej reklamy nie można sobie wymarzyć.
asia krzemińska

zielony ołówek w służbie ortografii

metoda zielonego ołówka

Znacie kogoś, kto lubi pisać dyktanda? Ja też nie. Są jednak sposoby na to, by oswajać ortograficznego potwora. Jednym z nich jest wykorzystanie metody zielonego ołówka.

O metodzie zielonego ołówka słyszałam i przeczytałam bardzo wiele. Ze zrozumieniem podchodziłam do tego pomysłu, jednak sama nie miałam okazji, aby go wypróbować. Do czasu. Momentem przełomowym okazała się niechęć własnego dziecka do pracy nad zgłębianiem zasad pisowni. Mówiąc krótko: Panicz uznał, że nie cierpi dyktand (nie dał się przekonać, że to ważne i potrzebne, aby poprawnie pisać).
W jaki sposób uświadomić dziecku, że jego praca jest wartościowa i nie warto jej porzucać? Najlepiej pokazując, jak wiele już potrafi ? Ćwiczenie zaczęliśmy od przeczytania (cichego i głośnego) krótkiego tekstu zawierającego trudności ortograficzne. W tym celu wyciągnęłam z szafki moja starą książkę z wierszykami, dzięki której własne zmagania wspominam raczej z uśmiechem (wszak to “Ortografia i gramatyka na wesoło” Witolda Gawdzika).
Po zapoznaniu się z fragmentem, przeszliśmy do dyktowania. Ponieważ Panicz dość dobrze radzi sobie z pisaniem ze słuchu, nie trwało to przesadnie długo. Kiedy wszystkie słowa znalazły się w zeszycie, Syn otrzymał zielony długopis i miał za zadanie podkreślić wyrazy, które zapisał poprawnie (porównując własny zapis z tym, który był w książce). Szybko okazało się, że większa część dyktanda jest bezbłędna.
A co z odnalezionymi usterkami? Zaznaczyliśmy je innym kolorem (to nasza wariacja na temat metody, <tu> przeczytacie jak wygląda ona w oryginale). Okazało się, że wkradł się tylko jeden błąd ortograficzny,  a pozostałe dwa to kwestia zjedzenia literki lub łączne zapisanie cząstki “nie” z czasownikiem (takiej wiedzy dziecię może jeszcze nie posiadać). Dla utrwalenia właściwej pisowni Panicz przepisał pod dyktandem słowa, które sprawiły kłopot. 
Co zyskaliśmy? U dziecka przekonanie, że jednak całkiem dobrze sobie radzi. Mam nadzieje, że dzięki temu nabierze więcej pewności siebie i z mniejszą niechęcią podejmie kolejne próby. Poza tym taka praca daje poczucie sprawczości i uczy odpowiedzialności (wszak Syn musiał sam sprawdzić, co wcześniej napisał). A ja sprawdziłam, że metoda rzeczywiście warta jest uwagi i wprowadzenia na zajęcia. Co o tym myślicie?
PS Mam wielka ochotę przygotować jeszcze karty z obrazkami i wprowadzić teatrzyk kamishibai jako ilustrację do ortograficznego wierszyka. Przewiduję dobrą zabawę ?
asia krzemińska

ściana imiesłowów

ściana imiesłowów

W klasie pierwszej gimnazjum uczniowie poznają imiesłowy. Co zrobić, by kolejne ćwiczenia nie były tylko nudnym opracowywaniem materiału z podręcznika? Zaprosić młodych ludzi na korytarz!

Przygotowując się do kolejnych z cyklu zajęć, dotyczących imiesłowów, chciałam zaproponować moim podopiecznym jakąś ciekawą formę pracy. Ćwiczenia zeszytowe mieliśmy już za sobą (tak, tak, uważam, że są one potrzebne, a nawet konieczne), czułam jednak, że nadal istnieje potrzeba utrwalania zagadnienie.
Z pomocą przyszło mi “spocone dyktando”. Poznałam tę metodę już jakiś czas temu, jednak do tej pory nie znalazłam dla niej zastosowania. W oryginale praca wygląda następująco: na korytarzu umieszczamy kartkę (lub kartki) z tekstem zawierającym wyrazy z trudnością ortograficzną. Dzieciaki wybierają spośród siebie skrybę, który zapisuje treść przynoszoną z korytarza. Kartki z dyktandem nie wolno ruszyć z miejsca, w którym została położona, należy zapamiętać zdanie i powtórzyć je pisarzowi. W ten sposób cały tekst zostaje przedyktowany (z różnym skutkiem, ale to już zupełnie inna kwestia).
W mojej wersji klasa została podzielona na cztery zespoły. Każdy zespół miał za zadanie odnaleźć na ścianie inne imiesłowy (odpowiednio: przymiotnikowe czynne lub bierne oraz przysłówkowe współczesne lub uprzednie). Uczniowie sami decydowali, kto w grupie będzie odpowiedzialny za notowanie, a kto za zapamiętywanie i dyktowanie. Dla utrudnienia, wśród słów do wyboru znalazły się również takie, które wcale nie były imiesłowami (m.in. rzeczowniki, imiesłowy, przymiotniki).
Zakończywszy zbieranie słów z korytarza, przeszliśmy do sprawdzania poprawności dokonanych wyborów. Przedstawiciele kolejnych grup udali się po karteczki ze słowami i umieścili je w odpowiednim przedziale na tablicy. Wspólnie zastanawialiśmy się, czy polecenie zostało wykonane prawidłowo (dzieciaki mogły zerknąć do notatek z wcześniejszych lekcji). ewentualne pomyłki były na bieżąco korygowane, wątpliwości wyjaśniane (dodatkowo punktowane było wskazanie błędnej formy jednego z imiesłowów).
W ramach podsumowania gimnazjaliści miały za zadanie ułożyć zdania ze słowami przyniesionymi w ramach “spoconego dyktanda”. Liczę na to, że ruch połączony ze zdobywaniem wiadomości przyniesie spodziewane rezultaty.

O innych pomysłach na lekcję z imiesłowami przeczytacie <tu>. Dajcie znać, czy któraś z metod sprawdziła się na Waszych zajęciach.

asia krzemińska

tajny agent od porządku

agent

Siło inspiracji, potęgo Internetu! Wielu nauczycieli zawdzięcza Ci spokój na lekcji i motywację do pracy. Podobnie stało się w moim przypadku. Po raz kolejny poznałam, co znaczy mądrość grupowa 🙂 

Po tym, jak znalazłam w grupie dla nauczycieli języka polskiego przepis na <kapustę>, okazało się, że metoda jest genialna i warta częstego powtarzania na zajęciach. Nie spodziewałam się jednak, że w krótkim czasie natknę się na kolejny doskonały pomysł, który ułatwi moją pracę, a jednak serce moje skradł “agent”.
Tym razem nie chodzi o metodę aktywizującą (aktywne to te moje dzieciaki są, czasami aż za bardzo). Nowy patent dotyczy utrzymywania spokoju i koncentracji na zajęciach, bez zbędnej utraty nerwów i energii prowadzącego. Cała “magia” polega na tym, że to uczniowie dbają o zachowanie ciszy na lekcji.
W czym zatem tkwi sekret? To proste. Wystarczy, że na początku zajęć wylosujemy imię jednego z uczniów. Nie zdradzamy czyje, ale obserwujemy zachowanie tej osoby,”agenta”, przez całe zajęcia. Jeśli zachowuje się poprawnie, na koniec lekcji mówimy, czyje imię padło na początku i cała klasa dostaje punkt. Jeśli “agent” sprawia kłopoty, nie mówimy kim był, ale klasa nie dostaje punktu.
Metodę wprowadziłam u moich gimnazjalnych pierwszaków. Zanim przystąpiliśmy do pierwszego losowania, umówiłam się z nimi, że gdy zbiorą dziesięć punktów, czeka ich nagroda. I to nie byle jaka, zorganizuję im bowiem zajęcia w pokoju zagadek (bardzo zazdrościli starszym kolegom, których <zagadkową sprawę> możecie prześledzić). Po pierwszych zajęciach widzę, że dzieciakom zależy na zdobyciu umówionej sumy jak najszybciej. Zobaczymy, czy spokojne zachowanie wejdzie im w nawyk ? Jak myślicie? 

Przymiotnikowy pomysł na zastępstwo

janek przymiotnik

Jedziecie rano do pracy, godzinkę wcześniej niż zwykle, kiedy otrzymujecie telefon: masz zastępstwo, zaczynasz za dziesięć minut. Co robić? Co robić? Spokojnie, w głowie własnie zaczyna świtać świetnym pomysł.

Ostatnimi czasy miałam okazję poprowadzić niespodziewana lekcję w klasie czwartej (niewtajemniczonym przypomnę: pracuję przede wszystkim z gimnazjalistami i licealistami). Inteligentne, wymagające dzieciaki. Co zrobić? Postanowienia noworoczne!
Pomyślałam sobie, że najbezpieczniej będzie poruszyć na zajęciach kwestie związane z gramatyką (takie ćwiczenia jeszcze nikomu nie zaszkodziły ?). A, że własnie wkroczyliśmy w nowy rok, uznałam, że poćwiczymy stopniowanie przymiotników w odniesieniu do określeń minionego i rozpoczynającego się okresu. Wyglądało to mniej, więcej tak:
Lekcję rozpoczęliśmy od przypomnienia wiadomości o przymiotniku. Na tablicy pojawił się Janek Przymiotnik, do którego dopisywaliśmy określenia (najważniejsze wiadomości). Kiedy portret był gotowy, dzieciaki przeniosły go do własnych zeszytów. 

W dalszej kolejności posłaliśmy Janka na schody/ stopnie, by wspinał się po nich. Rozpoczynał od równego, przez wyższy, aż do najwyższego. Każdy mógł zaproponować swój wyraz i razem z Przymiotnikiem odbyć spacer w górę. 

Kolejnym elementem było wyrysowanie w zeszycie tabeli, zawierającej dwie kolumny. W pierwszej wpisywaliśmy określenia minionego roku. Musiały być wyrażone przymiotnikiem w stopniu równym. Druga kolumna to słowa opisujące rozpoczynający się rok. Powinny być utworzone od wyrazów z pierwszej kolumny, ale zapisane w stopniu wyższym. 

Na koniec należało napisać “Postanowienia noworoczne” używając słów zawartych w drugiej kolumnie.
postanowienie noworoczne
Niby taka prosta sprawa, a lekcja minęła nie wiadomo kiedy ? Porysowaliśmy, postopniowaliśmy, a najważniejsze, że poruszaliśmy głowami i powtórzyliśmy wiadomości. Zajęcia uważam za bardzo udane. A jakie są Wasze pomysły na niespodziewane zastępstwa? Chętnie o nich poczytam.

Zaszyfrowana Akcja pod Arsenałem

akcja pod arsenałem

“Kamienie na szaniec” to jedna z tych lektur, do których wracam z ogromnym sentymentem. Wiąże się to zapewne z moją harcerską przeszłością (tak, tak, w szafie nadal leży starannie złożony szary mundurek). Poza tym jest okazja porozmawiać z uczniami o wartościach, które tak wtedy, jak i dziś były i są ważne.

Wszelkie działania podejmowane przez harcerzy, bohaterów powieści Kamińskiego, zasługują na dokładne omówienie. Szczególna uwagę poświęciliśmy jednak Akcji pod Arsenałem. Można powiedzieć, że była to jedna z tych lekcji, podczas których wystąpił efekt WOW. A wszystko za sprawą kropek i kresek…

akcja pod arsenałem

Zajęcia rozpoczęliśmy od losowania. Każdy uczeń wybrał jedną kartkę, na której znajdował się wybrany punkt planu wydarzeń. Nie był to jednak zwyczajny zapis, ponieważ wykorzystałam alfabet Morse’a. 

Pierwszym zadaniem było odszyfrowanie otrzymanej wiadomości. W tym celu rozdałam dzieciakom arkusze z zastosowanym szyfrem (aby każdy mógł się skoncentrować na działaniu). Widać było, że odczytanie przesłania dawało młodym ludziom sporo satysfakcji (większą frajdę sprawiało chyba tylko znalezienie mojego błędu, co również miało miejsce). 

Kiedy już znaliśmy wszystkie wymienione zdarzenia, przeszliśmy do ich porządkowania. Za pomocą magnesów przyczepiliśmy rozszyfrowane wypowiedzenia do tablicy, a następnie ułożyliśmy je w odpowiedniej kolejności. Dopowiadając uzupełniliśmy akcję o dalsze elementy. 

Poznawszy i omówiwszy ramowy plan, przeszliśmy do kolejnego, ostatniego już zadania. Sięgnęliśmy do “Story Cubes Akcja” (więcej na ich temat przeczytacie <tu>), rzuciliśmy kośćmi, a na podstawie wylosowanych obrazków należało napisać streszczenie całego wydarzenia (wyrazy z sześcianów powinny być wyróżnione w tekście).

Teraz, kiedy to czytacie, ja zagłębiam się w opowieści moich uczniów. Coś czuję, że będzie to niezapomniane przeżycie (streszczenia “Balladyny” wykonane również z kostkami zwalały z nóg). A Wy macie jakieś sprawdzone patenty na omówienie lektury? Chętnie je poznam.

Na tropie filmu

escape room

Łódzkie Muzeum Kinematografii jest miejscem szczególnym. Przez lata współpracy wielokrotnie mogłam się o tym przekonać. Ostatnio jednak zaskoczyło mnie po raz kolejny. W jaki sposób? Uwięziło w zamkniętym pomieszczeniu na dobrych kilka chwil i wiecie co? To było ekstra!

Jakoś tak się złożyło, że wraz z moimi licealistami postanowiłam odwiedzić muzeum. I to nie byle jakie, a rodzime Muzeum Kinematografii. Okazało się bowiem, że to urokliwe miejsce nie jest przez młodzież zbyt dobrze znane (doprawdy, nie mam pojęcia jak to się stało?!). Rzecz jasna, wizyta nie mogła być zwyczajna. Jakoś nie mieściło się w mojej głowie, że po prostu pójdziemy, obejrzymy i koniec (na zarezerwowanie przewodnika od miesiąca nie było szans).
muzeum kinematografii
Zaczęło się od tego, że wyprodukowałam dość zgrabną kartę pracy (możecie ją pobrać <tu> i wykorzystać przy okazji zwiedzania). Wiele rzeczy pamiętałam z moich licznych, wcześniejszych wypraw, część sprawdziłam na stronie muzeum. Zależało mi na tym, by dzieciaki słuchały aktywnie (musieli się pilnować, by móc uzupełnić swoje karty). Mam wrażenie, że wywiązali się z tego zdania śpiewająco (uff, znaczy, że i ja jako przewodnik dałam radę).
Oprócz tradycyjnego zwiedzania zarezerwowaliśmy również zabawę w “pokoju zagadek”. I to był strzał w dziesiątkę! Podzieliliśmy się na grupy sześcioosobowe, a naszym zadaniem było wydostać się z zamkniętego na klucz pomieszczenia. Aby tego dokonać, należało rozwiązać kilka zagadek- podpowiedzi. Tym wszystkim, którzy sądzą, że to łatwizna uprzedzam, wcale nie. Niemniej, satysfakcja z odnalezienia klucza- bezcenna.
muzeum kinematografii
Dlaczego muzealny escape room uważam za wyjątkowy? Głownie dlatego, że czerpie z regionalnego kolorytu i wykorzystuje filmowe oblicze Łodzi. Wszystkie podpowiedzi nawiązywały do rodzimych produkcji, odwoływały się do łódzkiego szlaku filmowego, korzystały z topografii miasta. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tej nietuzinkowej atrakcji, koniecznie zajrzyjcie <tu>. Wielka szkoda, że w połowie listopada trzeba będzie się pożegnać z tak zacną inicjatywą, więc spieszcie się, by zdążyć 🙂 
Ja tymczasem powspominam. Może wpadnę na genialny pomysł, jak przenieść taką grę w realia szkolne?
wasz belfer

Mamy talent. I kropka!

dzień kropki

15 września to Międzynarodowy Dzień KROPKI. Już drugi raz uczestniczymy w tym święcie kreatywności. Zerknijcie jak w tym roku kropkowaliśmy ze starszakami (czytaj gimnazjalistami i licealistami).

W zeszłym roku “ofiarą” Dnia Kropki padły rodzaje literackie. Uczniowie zaklinali informacje o nich w kolorowych okręgach (więcej na ten temat przeczytacie <tu>). W tym roku postawiliśmy na emocje i aspekt społeczny w postaci “łączenia kropek”.
Zajęcia rozpoczęliśmy od obejrzenia znakomitego filmiku Włodka Markowicza <Kropki> (wiem, że powstał w ramach promocji książki o tym samym tytule, nie umniejsza to jednak jego świetności). Próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie: czym są kropki? I po co nam one?
dzień kropki
Po takim wstępie uczniowie otrzymali kartę z kopkami i polecenie: połączcie je. Kiedy wszystkie punkty zostały połączone, młodzi ludzie kolorowali kompozycję zgodnie ze swoim bieżącym nastrojem. Wybrane osoby opowiadały o tym, dlaczego wykorzystały takie, a nie inne barwy.
W następstwie ćwiczenia zapytałam, kto potrafi rysować? Kto czuje się pewnie jako artysta plastyk? Rąk w górze nie było wiele (jeśli jakieś w ogóle). Tymczasem na tablicy wisiały dowody na to, że każdy z nich potrafi i na swój sposób jest artystą. Przecież wszyscy zapanowali nad wręczoną kartką tworząc indywidualne dzieło (dodatkowych wskazówek np. jak połączyć punkty nie dostali, musieli sami coś zaproponować, wykreować). Z tych prac powstanie prawdziwa galeria, ale o tym na razie ciiii…
dzień kropki
Kolejnym elementem zajęć było “podążanie drogą do sukcesu”. Każdy z uczniów wybierał spośród przygotowanych symboli (<tu> je znajdziecie) trzy, które z jakiegoś powodu są mu bliskie. Następnie przyklejali znaczki na końcach trzech krętych dróg. Labirynty należało oznaczyć rożnymi kolorami, a dzieciaki miały wymyślić w jaki sposób wybrane ikonki łączą się z ich uzdolnieniami. Okazało się, że to wcale nie było łatwe zadanie. Przywykliśmy mówić o sobie raczej źle, niż dobrze. Pora to zmienić!  
Dzięki pytaniom pomocniczym i naprowadzaniu okazało się, że każdy z moich uczniów jest w czymś uzdolniony (cóż za zaskoczenie, hehe). Warto było kuć żelazo póki gorące i poprosić, aby młodzi ludzie wpisali w “chmurki” pozytywne myśli na swój temat (były tylko cztery wolne pola i wiele osób nie potrafiło zapełnić aż tylu, co mnie zasmuciło).
dzień kropki
Przedostatnim elementem było wspólne prześledzenie losów <Vashti>, od której wszystko się zaczęło (to dzięki niej możemy cieszyć się Świętem Kropki). Chwilę rozmawialiśmy o tym, kim może być dziewczynka. Miło było usłyszeć, że tak naprawdę kryje się w każdym z nas. Po krótkiej dyskusji każdy uczeń wpisał w kolorowe kropki swoje talenty. Stworzą one wkrótce “falę talentów”, która nas prawdopodobnie zaleje 🙂
Zwieńczeniem akcji było robienie <zdjęć> w pamiątkowej, kropkowanej ramce. Rzecz jasna z kropkowymi gadżetami. Przyznaję, że był to wyczerpujący, ale niezwykle twórczy dzień. Wszystko tak, jak lubię najbardziej.
PS <Tu> znajdziecie gotowe karty do druku (gdybyście chcieli porozmawiać ze swoimi uczniami o ich talentach).

wasz belfer