Przyroda to wielka przygoda!

przyroda

Maj skłania się ku końcowi. Ale cóż to był za miesiąc! Kto by przypuszczał, że przyniesie nam taką niespodziankę.

Jeśli myślicie, że mieszkając w mieście nie można podglądać przyrody, to jesteście w błędzie. Wystarczy wyjść na krótki spacer do parku i dobrze rozejrzeć się dokoła. Tak też uczyniły Pisklęta. Wraz z niezawodnym Tatą wybrały się do Ogrodu Botanicznego, a tam… sami zobaczcie. Całe morze kwiatów. Do wyboru, do koloru. Kwietny kobierzec zdaje się nie mieć końca. Aż mi było  żal, że w tak pięknych okolicznościach przyrody siedziałam nad egzaminami gimnazjalnymi. Ale wiecie, jak to się mówi, same się nie sprawdzą. Na pocieszenie dostałam zdjęcia. Sami zobaczcie jak pięknie jest u nas wiosną.

tulipany

tulipany

tulipany

Prawdziwa niespodzianka czekała na nas jednak w domu. Z początku żadne z naszej czwórki nie zwróciło uwagi na krążące w te i z powrotem sikorki. Te niepozorne, sprytne ptaszki kursowały z pobliskich drzew wprost pod nasz parapet na balkonie. A to przyniosły piórko, a to źdźbło trawy. Wkrótce okazało się, jaki miały plan. Uwiły gniazdko, a ostatnio zauważyliśmy w nim cztery małe, głodne dzioby. Wykluły się pisklęta!

sikorka

sikorka

sikorka

Póki co nie podejmujemy żadnych kroków celem przesiedlenia naszych “lokatorów”. Nie przeszkadzają nam jakoś specjalnie, a i my chyba ich nie odstraszamy (mimo, że życie balkonowe toczy się niezmiennie utartym torem). Za to zarówno Panicz jak i Panienka mają wielką uciechę w śledzeniu ptasich rodziców. Co rusz przybiegają z okrzykiem:

 Zobacz, przyleciał! I przyniósł zielonego robala! 

Dopełnieniem przyrodniczych obserwacji stały się ekologiczne i łatwe w przygotowaniu puzzle. Do ich wykonania wykorzystałyśmy z córką: drewniane szpatułki, foremki do ciastek i farby akrylowe. Żeby szybciej można się było nimi bawić, wysuszyłyśmy suszarką. I gotowe. Wiedziałam, że patyczki (o których pisałam już <tu>) mają wielki potencjał.

puzzle

puzzle

puzzle

A jak Wam upłynął maj. Zgodnie z powiedzeniem? Było jak w raju?

Wokół dzieciSłowo mamyED MontessoriKarolowa mamaKreo TeamKreatywnym OkiemMatkopolkowoBez nudy360 przygódBawimy się my 3Biesy dwaDuśkowy światDzika jabłońElena po polskuCo robi RobcioCały świat KarliJej cały światTymoszkoIgranie z TosiąKawa z cukremLaurowy światKreatywnie w domuGagtki TrzyGugusiowoCiekawe dzieciŚwiat TomskiegoOhana blogOn ona i dzieciakiNasza przygoda diyMy home and my heartKonfabulaUszywki Zuzninkowej mamyMama na pełen etatScwytane chwileDzwoneczkowy raj mamyOgarniam wszechświatKreatywna mamaMama Aga, sztuka i dzieciakiMamuśka 24Pomieszane z poplątanymWorldschool explorersNasza edukacja domowaPomysłowe smykiZ motylem na dłoniZakręcony belferZabawy z ArchimedesemDziecko na warsztat

Lapbookowo/podwórkowo wiosna się zaczyna :)

wiosna

Kwiecień był dla nas bardzo pracowitym miesiącem. Skupiliśmy się szczególnie na obserwacjach rozkwitającej dzień po dniu wiosny. Zdobywaliśmy i porządkowaliśmy wiosenne ciekawostki, a na koniec sprawdziliśmy się w podwórkowych zmaganiach terenowych 🙂

Read More

nasza matematyka

nasza matematyka

– Ja wiem, mamo, że chciałabyś żebym kochał polski, tak jak ty. Ale ja wolę matematykę 🙂 


I taka jest prawda, co tu kryć. Syn uwielbia przeliczać, dodaje, odejmuje, mnoży. Zaskakuje nagłymi spostrzeżeniami. Dlatego też kolejna odsłona projektu <dziecko na warsztat> była stworzona jakby specjalnie dla niego.

Zabawy matematyczne są stałym elementem naszej codzienności. Wykorzystujemy do nich wszystko to, co wpadnie w nasze ręce. Jedyna trudność, na którą napotkaliśmy przy tworzeniu tego wpisu, to wybranie ulubionych form ćwiczeń. Zdecydowałam, że pokażemy Wam trzy inspiracje 🙂 

Matematyczna wojna.

Panicz uczęszcza do pierwszej klasy. Zgodnie z wytycznymi programu powinien umieć dodawać i odejmować w zakresie dziesięciu (przynajmniej na ten moment). Jak się okazuje, dla syna to za mało. Dlatego doskonalimy działania w obrębie dwudziestu (Młody radzi sobie również z większymi liczbami, ale póki co koncentrujemy się na dwóch pierwszych dziesiątkach).

matematyczna wojna
matematyczna wojna
matematyczna wojna

Aby zagrać w matematyczną wojnę należy oddzielić z talii karty od szóstki w dół. Karty rozdajemy pomiędzy dwóch graczy i rozpoczynamy partię, zgodnie z zasadami “wojny”. Z tą maleńką różnicą, że należy podać sumę swoich wyłożonych kart. Jeśli zawodnik poda prawidłowy wynik i większa suma jest po jego stronie- zabiera wszystkie wyłożone karty. Jeśli zaś jego suma jest większa, ale nieprawidłowo podał wynik, karty zabiera przeciwnik. Rozgrywka toczy się do tego momentu, w którym jedna z osób zbierze wszystkie karty.

Bardziej zaawansowana wersja zakłada wykładanie równocześnie trzech kart. I to dopiero jest wyzwanie 🙂

 Lego matematyka.

Wszechstronne zastosowanie lego w procesie edukacyjnym jest udowodnione. Ponieważ Panicz również uwielbia manipulacje związane z kultowymi klockami, zatem kiedy zaczął interesować się mnożeniem, natychmiast po nie sięgnęliśmy.

lego mnożenie
lego mnożenie
lego mnożenie

Na kolorowym kartonie narysowaliśmy pola tabliczki mnożenia i rozpoczęliśmy zabawę. W pierwszym etapie młody człowiek układał kolorowe sześciany zgodnie z liczbami wylosowanymi za pomocą rzutu kostką. Następnie przeliczał elementy i podawał wynik.

W drugim etapie porównywaliśmy, czy 3×4 to tyle samo, co 4×3 (budowaliśmy wieże i ocenialiśmy ich wysokość). Sprawdzaliśmy też, czy 2×3 to mniej czy więcej niż 2×4. Przy okazji dobrze się bawiliśmy 😀

Matematyczne domino.

Podczas jesiennego chorowania Panicza wymyśliliśmy domino z działaniami matematycznymi. Dużo czasu poświęcaliśmy zagadnieniom związanym z dodawaniem i odejmowaniem, a rozwiązywanie zapisywanych przykładów wydawało nam się niewystarczające (i nudne), więc postanowiliśmy urozmaicić je zabawą.

domino
domino
domino

Wykorzystując zasady tradycyjnego domino skonstruowaliśmy wersję matematyczną. Na jednej połowie kostki umieszczone były działania, na drugiej wynik. Polecenie proste: dobierz wynik o działania 🙂 Nauka przez zabawę, czyli to co lubimy najbardziej.

PS Pozostając w temacie matematyki, warto przyjrzeć się grze “Rummikub junior”, o której przeczytacie  <tu>. A poza tym matematyka jest wszędzie, wystarczy dobrze się rozejrzeć. Nie zmarnujcie okazji by ją zauważyć 🙂 
wasz belfer

dziecko na warsztat

Afrykańska przygoda

nela reporterka

Ta opowieść powinna zacząć się od słów: dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze całkiem mała, nauczycielka zadała mojej klasie do przeczytania “W pustyni i w puszczy”. Choć dziś jestem już całkiem duża, nadal mam słabość do tej powieści Sienkiewicza (zaryzykuję nawet stwierdzenie, że za pozostałymi nie przepadam).


A, że w Magicznym Domu rzeczywistość przeplata się z literaturą, kiedy przyszedł na świat pierworodny otrzymał imię młodego Tarkowskiego. Kilka lat później nadarzyła się okazja i nowo narodzona dziewczynka przyjęła imię panny Rawlison.
Po tym przydługim wstępie powinniście się już zorientować, że w ramach kolejnej odsłony projektu <Dziecko na warsztat>, wybierzemy się w podróż do Afryki. Z pomocą przyjdzie nam ulubiona <Nela Reporterka>, dzięki której mieliśmy możliwość oglądać przepiękne, egzotyczne krajobrazy i poznać zwyczaje dzikich afrykańskich zwierząt.
afrykańska przygoda
Bogatsi o porcję wiedzy, przystąpiliśmy do konstruowania gry planszowej. Projekt wykonał Panicz, a moim zadaniem było zadbanie o formę graficzną (że nie mam specjalnych zdolności, toteż gra jest całkowicie niepowtarzalna).
Wyróżniliśmy cztery rodzaje pól:
  • zwyczajne (pozbawione dodatkowych atrakcji);
  • słoniowe (na których trzeba było opisać wylosowane zwierzę, tak aby pozostali uczestnicy gry mogli odgadnąć, o kim mowa);
  • strusiowe (tu trzeba było zaprezentować zachowanie charakterystyczne dla wylosowanego zwierzaka);
  • strzałkowe (kiedy się na nim lądowało, należało przemieścić się zgodnie z kierunkiem strzałek na bezludną wyspę albo do pobliskiej oazy).
Po planszy poruszaliśmy się za pomocą “kombinowanych” pionków (jaki kto znalazł, taki miał). O liczbie pól, o które należy się przesunąć decydowały tradycyjnie rzuty kostką. Każdą rundę rozpoczynał najmłodszy uczestnik zabawy, a zamykał najstarszy (czytaj: mama).
afrykańska przygoda
Śmiechów przy rozgrywce było co nie miara. Najbardziej cieszy mnie jednak fakt, że Panicz bardzo zaangażował się w zadania opisowe i ruchowe (co wymagało kreatywności, zręczności i wykorzystania jak największego zasobu słów). Okazało się również, że ma doskonałą pamięć i bardzo dobrze radził sobie z odgadywaniem nazw zwierząt. Najważniejsze jest jednak, że znów bawiliśmy się świetnie, wspólnie spędziliśmy czas, a ciekawostko same wskoczyły do głowy. 
Lubicie takie podróże? Dajcie znać, jak to u Was wygląda 🙂 
wasz belfer

Tradycyjnie, świątecznie…

zakręcony belfer

O życiu w Magicznym Domu, trudno mówić w kategoriach tradycyjnych. Wiele rzeczy przebiega u nas w sposób nieoczekiwany, a już na pewno daleki od stereotypowego. Są jednak takie drobiazgi, które pielęgnujemy i staramy się przekazywać Pisklętom jako naturalny odruch. Ot, takie choćby wysyłanie kartek.


Wielu z nas, zamiast przesłać pozdrowienia za pośrednictwem poczty, kieruje do bliskich wiadomości sms, telefonuje, czasem pisze e-mail. A w naszym domu królują pocztówki. Serio. Kłamstwem byłoby twierdzić, że od zawsze tak było, ale od jakiegoś czasu staramy się podtrzymywać ten miły zwyczaj.

Największą frajdę sprawia nam własnoręczne przygotowanie pocztówek. Siadamy przy stole, wyciągamy różnorodne materiały (nie tylko dekoracyjne i papiernicze) i zaczynamy kombinować. Na nadchodzące Święta wyprodukowaliśmy “choinkowe” widokówki. Wraz z Pisklętami doszliśmy do wniosku, że taka forma najbardziej nam odpowiada (jest niezbyt czaso- i pracochłonna, więc przy mnogości grudniowych obowiązków, możliwa do zrealizowania).

I tak powstały guzikowe bombki, brokatowe i filcowe gwiazdki, tasiemkowe gałązki. Wszystko w kolorach ulubionych przez Panicza i Jaśnie Panienkę (aktywnie uczestniczących w klejeniu, wycinaniu i komponowaniu). Gotowce spakowaliśmy do kopert (wypisawszy wcześniej życzenia) i fruuu, poleciały. Mamy nadzieję, że przywołają uśmiech na niejednej twarzy.
Oczywiście upiekliśmy też tradycyjne pierniczki i udekorowaliśmy  zgodnie ze zwyczajem choinkę, ale to już zupełnie inna historia.
Wesołych Świąt Kochani!
zakręcony belfer

Odlotowe balony

balonowe eksperymenty

Listopad to miesiąc eksperymentów. Już od jego pierwszych dni szukaliśmy dziedziny, w której moglibyśmy spróbować swoich sił. Były to o tyle trudne poszukiwania, że w sieci można znaleźć nieprzebraną liczbę propozycji, a nam zależało na czymś, co będzie można zrealizować z trzy- i siedmiolatkiem (nie dewastując mieszkania przy okazji).

Początkowo zachwyciły mnie doświadczenia optyczne. Są dość łatwe w przeprowadzeniu i dają spektakularne efekty. Później jednak doszłam do wniosku, że może warto zagłębić się w jeszcze inne rejony ekspery-mentalnej mapy. I tak dotarliśmy do książki <365 eksperymentów na każdy dzień roku>. No i zaczęło się. 
Panicz zachłannie wertował kolejne strony, krzycząc co chwilę: 

Takie zróbmy, albo takie. Zobaczy tylko, to jest ekstra.

Co tu kryć, wybór ogromny, a jedna propozycja ciekawsza od drugiej. Ostatecznie jednak postanowiliśmy (wspólnie) skoncentrować się na zjawiskach związanych z powietrzem. Być może pomyślicie: ale, ale, przecież powietrza nie widać. Owszem, nie widać, ale to przecież nie oznacza, że nie można z nim eksperymentować 😀 
Kącik Małego Badacza prezentuje : trzy odlotowe doświadczenia balonowe.

zakręcony belfer

Pierwsza zabawa miała na celu udowodnienie, że butelka, choć pusta, jest wypełniona. W tym celu włożyliśmy do niej balon i próbowaliśmy go nadmuchać. Ponieważ wypełniona wydychanym powietrzem, gumowa kula szybko zatkała szyjkę butelki, nie udało nam się wtłoczyć do niej ani odrobiny gazu więcej (mówiąc krótko: balon nie osiągnął pełnej wielkość, ponieważ butelka była wypełniona powietrzem, a ono stawiało opór).
Kiedy jednak wsunęliśmy do butelki słomkę (tak, aby jeden z końców swobodnie wystawał ponad szyjkę), okazało się, że nadmuchanie balonu jest możliwe (zbędne powietrze mogło być odprowadzane, dzięki czemu balon mógł zwiększać objętość). 
zakręcony belfer
Do drugiego eksperymentu użyliśmy szklanej butelki, miski z ciepłą wodą i balonu. Pierwszym krokiem było wstawienie pustej butelki do lodówki (według wskazówek zawartych w  książce, wystarczyłoby na godzinę, ale nasza butelka spędziła tam całą noc).
W dalszej części wlaliśmy do miski wodę (bardzo ciepłą, ale nie gorącą) i ostrożnie umieściliśmy pośrodku naczynia butelkę. Na szyjkę butelki założyliśmy balon (konieczne jest, aby dobrze przylegał).
Od tej chwili czekaliśmy, aż magia zadziała. Co się stało? Balon stopniowo zaczął wypełniać się. Dlaczego? Ponieważ zimne, ciężkie powietrze stopniowo ulegało ogrzaniu i unosiło się. Ciekawe, prawda 🙂 
zakręcony belfer
Najbardziej jednak Pisklętom spodobało się ostatnie doświadczenie. Wykorzystywało ono pęd powietrza i polegało na puszczaniu balonika po przygotowanym wcześniej torze.
Aby przygotować tor, rozciągnęliśmy wąską tasiemkę, z nawleczoną słomką, od klamki do krzesła (naprężyliśmy, aby luźno nie zwisała) . Następnie nadmuchiwaliśmy balon, mocowaliśmy za pomocą taśmy klejącej do słomki i puszczaliśmy. Wylatujące powietrze robiło całą resztę 🙂 Nie muszę Was przekonywać, że kolejnym lotom nie było końca. Panienka wciąż powtarzała: jeszcze, jeszcze (myślałam, że Panicz zemdleje w końcu od ciągłego nadmuchiwania balonów, hehe).
Powiem szczerze, że uważam ten warsztat za bardzo udany. Pisklęta dowiedziały się kilku nowych rzeczy, doświadczyły namacalnie istnienia powietrza (choć początkowo nie sądziły, że powietrza można “dotknąć”). A ja wiem, że koniecznie musimy wzbogacić domową bibliotekę o książki z opisami eksperymentów. Bo będzie się działo 😀 

Kosmiczna Przygoda Urodzinowa

zakręcony belfer
Znacie mnie już trochę i wiecie, że w gruncie rzeczy, to niezła ze mnie matka wariatka. Chętnie angażuje Pisklęta w różne kreatywne przedsięwzięcia. Kiedy nadeszła więc pora urodzin Panicza, nie mogłam pozwolić, aby był to zwyczajny dzień. W zeszłym roku urządziliśmy przyjęcie zapraszając Tappiego (przeczytacie o nim <tu> ). W tym roku jednak Panicz poprosił o kosmiczną imprezkę. Cóż było robić? Siedliśmy i wymyśliliśmy 😀 

Pracę rozpoczęliśmy od przygotowania zaproszeń. Na bardzo ciemnym, niebieskim brystolu przykleiliśmy pomarańczowe “planety”. Wypisaliśmy (znaczy ja wypisałam) tekst, a na koniec dodaliśmy drobinki brokatu, jako odległe gwiazdy krążące w międzygalaktycznej przestrzeni. 
Najważniejszym jednak zadaniem okazało się dopasowanie odpowiedniego tekstu. Wiadomo, że kiedy mama jest polonistą, to na imprezce będzie czytanie i działanie 😀 Z pomocą przyszedł nam Kędzierzawy Karolek j jego wyprawa na <Nieznaną planetę> . Dzieciaki zapoznały się z testem (przeczytałam opowiadanie usadziwszy wszystkich imprezowiczów na chuście animacyjnej) i przystąpiliśmy do działania.
zakręcony belfer
Po kilku pytaniach byłam pewna, że wszyscy zrozumieli, czego dotyczyła przygoda Karolka i zabraliśmy się za układanie portretu głównego bohatera. Jak się bowiem okazało, przygotowany przeze mnie rysunek został zamieniony przez jakiegoś złośliwego skrzata w puzzle.  Wspólnie uporządkowaliśmy pomieszane elementy.
Kiedy Karolek był już gotowy, musieliśmy zadbać o towarzystwo dla niego. Na Marzeniucji spotkał kosmicznego przyjaciela, więc zadaniem dzieciaków było “wyprodukowanie” małych kosmitów. Posłużyły im do tego kartki z odciśniętymi kleksami (miałam wielką ochotę odciskać je wspólnie z uczestnikami przyjęcia, ale doszłam do wniosku, że nie zdążą wyschnąć i nie będzie można ich wykorzystać, więc przyszłam z gotowymi) oraz mazaki. Należało po prostu dorysować do kleksa takie elementy, które sprawią, że stanie się przybyszem z kosmosu. Trzeba przyznać, że wyobraźni młodym ludziom nie brakowało i już po chwili tablica zapełniła się gromadą kolorowych przyjaciół. A jeden był ciekawszy od drugiego.
Mając paczkę kosmicznych przyjaciół udaliśmy się na poszukiwania planet z Wymarzonej Galaktyki. Zanim przybyli goście ukryłam w sali siedem kolorowych kul (tyle, ile lat kończył Panicz) i dzieciaki miały je znaleźć. Kiedy ciała niebieski się odnalazły, zostały zaproszone na chustę, na której początkowo siedziały dzieci i wykonały na niej iście kosmiczny lot (kolorowa, klanzowa materia zawsze wnosi wiele pozytywnych emocji i szaleństwa, hehe)…
zakręcony belfer
A do lotu potrzebna była rakieta, więc w kolejnym zadaniu poprosiłam, aby dzieciaki przeszły do sali obok, a tam czekały już wielkie piankowe klocki, z których budowaliśmy statek kosmiczny. Maluchy z dziką radością zaczęły wymyślać, przerzucać się elementami oraz pomysłami. Skutkiem tych działań była imponująca budowla. Po zakończeniu prac budowlanych, wydając odrzutowe dźwięk silnika, wyruszyliśmy skosztować niebieski tort.
Największą nagrodą dla mnie, organizatora uciech, było usłyszenie słów:

To  były całkiem kosmiczne urodziny.

I takie właśnie miały być.

Kosmiczne kostki

zakręcony belfer

Miał być całkiem fajny warsztat. Kasztanowy, astronomiczny. Miał być, ale… Dzieci ostatnio były mocno “pociągające”, a i pogoda nie rozpieszczała specjalnie. Termin publikacje zbliżał się jednak wielkimi krokami i trzeba było coś przedsięwziąć, aby z zadania się wywiązać. I tak oto przyszło mi na myśl, by wykorzystać kostki.

zakręcony belfer
Kosmiczny robot trzymający w ręku dzidę, która jest oparta o kosmiczną, kwadratową skałę (projekt i wykonanie: Panicz)

Nie będą to jednak zwyczajne sześciany, jakie znacie z wszelkiego rodzaju gier planszowych (i zdjęć, na których Panicz ćwiczy dodawanie, hehe). Tym razem pokusiliśmy się o wykorzystanie brył “specjalnego przeznaczenia”. Co w nich wyjątkowego? Są trzy. Każda jest inna. I gwarantują dobrą zabawę 🙂
Na pierwszej kostce umieściliśmy figury geometryczne: kwadrat, koło, trójkąt, prostokąt, elipsę i trapez. Na drugiej kolory: niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy, czerwony i czarny (tak, wiem, czarny to nie kolor). Na trzeciej zaś zapisaliśmy trzy litery: P (prawa), L (lewa), S (środek). 

zakręcony belfer
Dwie rakiety kosmiczne, z czego jedna z otwartymi drzwiami (projekt i wykonanie: Panicz) 

Zadanie jest dość proste, a jednak nieco skomplikowane (nie myślcie, że jestem wariatką, chociaż zaraz, może właśnie jestem, hehe). Należy rzucić dziesięć razy wszystkimi kostkami. Po każdym rzucie wylosowaną figurę rysujemy na kartce. Nie może to być jednak dowolna kompozycja, to musi być KOSMOS.
Bardzo szybko okazało się, że dziesięć rzutów to trochę za mało dla mojego Panicza (będziemy pracować nad planowaniem zagospodarowania przestrzeni, choć uważam, że poradził sobie bardzo dobrze) i na koniec ćwiczenia dorysowywaliśmy brakujące elementy (ale tylko trzy).
Za co uwielbiam KOSMICZNE KOSTKI? Za to, że utrwalają kierunki w schemacie własnego ciała (wcale nie jest takie oczywiste, że prawa to prawa, a lewa to lewa, dobrze, że środek nie przysparzał problemów, hehe). I jeszcze za to, że zmuszają do planowania przestrzeni i przewidywania kolejnych ruchów. Najbardziej jednak za to, że pobudzą wyobraźnie i rozwijają kreatywność. 

I wiecie co? Zabieram je do szkoły, tam też lubimy dobrze się bawić 🙂 


PS Gdybyście chcieli zobaczyć, jaki Układ Słoneczny przygotowaliśmy latem, przy okazji innego warsztatu, to znajdziecie go <tu>

Poławiacze słów

połowy

literkowe ryby

NiespodziankaMamy końcówkę września, wspomnienia wakacyjne jeszcze nie całkiem zatarły się w naszej pamięci. A jednym z tych wspomnień jest projekt <kwadratowe koło> . Dzięki niemu poznałam Ilonę z <Kreatywnym okiem>, i dzięki niemu również na horyzoncie pojawił się kolejny projekt: <dziecko na warsztat>.
Tym razem wpisy nie będą zamieszczane przez cztery kolejne czwartki miesiąca, ale raz w miesiącu (w ostatni poniedziałek). Zamiast liter, wokół których oplatać będziemy zabawy, otrzymaliśmy listę planowanych na dziesięć miesięcy (!) tematów. Pierwszy z nich, to temat dowolny 🙂 W związku z tym realizujemy pomysł na wpis, do którego przymierzałam się już od dawna (jakoś brakło wcześniej motywacji, aby go zrealizować). Zapraszam na łowy 😀

Niespodzianka
Do zabawy potrzebować będziemy:
-małych, kolorowych karteczek;
-zszywacza;
-długopisu (ołówka albo innego pisaka);
-drewnianej pałeczki lub patyczka;
-małego magnesu,
-tasiemki, kolorowej nitki,
-dwóch gumek recepturek,
-plastikowych jajek (niespodzianek bez zabawek, hehe).
namierzaniezłowioneŻeby przygotować zestaw poławiacza, musimy zmontować wędkę. Za pomocą gumek mocujemy do pałeczki nitkę. Do drugiego końca nitki, zamiast haczyka, przytwierdzamy magnes (u nas został wykorzystany stary element od tablicy magnetycznej, miał wypustkę, która ułatwiła montaż, hehe). Kiedy sprzęt do wędkowania jest gotowy, zabieramy się za “rybki”. Aby jednak przejść do tego kroku, musimy wybrać słowa, które będziemy następnie składać. Zapisujemy je na osobnych kartkach i chowamy do wnętrza jajek.
Na małych, kolorowych karteczkach (pocięliśmy w tym celu samoprzylepne świstki do notatek), zapisujemy pojedyncze litery (utrwalamy akurat czytanie małych, pisanych, więc zdecydowaliśmy się na taki właśnie krój). Każda “rybka” zostaje dodatkowo zaopatrzona w zszywkę, dzięki której będzie można ją złowić 🙂

A teraz, do dzieła! Prosimy, aby dziecko wybrało jedno z jajek. Po otworzeniu, czyta ukryty wyraz. I najtrudniejsze: posługując się wędką, wybiera kolejne litery tak, aby ułożyć wylosowane słowo. Jeśli myślicie, że to łatwe zadanie, to jesteście w błędzie. Samo czytanie i składanie, to drobiazg. Najtrudniejsze jest wcelowanie w wybraną literkę (a nie wolno pomagać sobie drugą ręką). Panicz potrenował przede wszystkim cierpliwość. I koordynację pomiędzy okiem, a ręką 😀 Dał radę. I Wam też polecam wędkowanie. Wierzę, że i Wam się uda 🙂