napiszemy klasówkę? ok!

Przeglądając ostatnio odmęty Sieci, trafiłam na taki oto obrazek. Skłoniło mnie to do pogłębienia refleksji na temat przydatności omawianych treści. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że nic tak dobrze nie robi weryfikacji wymagań, jak ocenianie kształtujące.Read More

ten zeszyt będzie ok!

ok zeszyt

Każdy ma jakieś postanowienia noworoczne, mam i ja. W tym roku szkolnym stawiam nie tylko na gamifikację (podobnie jak w zeszłym, o czy przeczytacie <tu>), zamierzam również w jeszcze szerszym zakresie wprowadzić ocenianie kształtujące na zajęcia.

Kiedy ostatnio szukałam materiałów dotyczących OK, dotarłam do zdania, które moim zdaniem definiuje zjawisko. Zakładało ono, że ocenianie kształtujące to nie tyle forma oceniania własnie, ale rodzaj relacji otwartej na potrzeby ucznia, dobrze zaplanowanej komunikacji. Przyznajcie, że to niezwykle trafna, a zarazem zwięzła definicja ?
Idąc tym tropem postanowiłam, że oprócz dołączonej standardowo do prac informacji zwrotnej (z wyszczególnionymi umiejętnościami) oraz cyklicznej ewaluacji, wprowadzę elementy charakterystyczne dla ok zeszytu. A co tam, jak szaleć, to szaleć. Zabawę zaczniemy od dodania do zwyczajowych notatek znaków graficznych, dzięki którym zapiski zostaną uporządkowane. Sądzę, że z czasem uczniowskie kajety staną się nieocenionym źródłem wiedzy, indywidualnie opracowanej, a jednak dla wszystkich tożsamej.
Na początek proponuję trzy znaczki. Myślę, że ich przesłanie jest jasne. W dalszej kolejności popracujemy nad innymi elementami. A może Wy coś podpowiecie? Pracujecie z ok zeszytami?
Na zakończenie mam dla Was coś, co mnie urzekło, piosenkę przygotowaną przez <Kasię Polak>, w której zawarte zostały najważniejsze zasady ok zeszytu. Lepszej reklamy nie można sobie wymarzyć.
asia krzemińska

praca klasowa może być OK :)

ocenianie kształtujące

Pisanie prac klasowych jest obowiązkiem, za którym (mówiąc oględnie) uczniowie nie przepadają. Zastanawialiście się może kiedyś: dlaczego?

Bardzo długo myślałam, że młodzi ludzie pałają niechęcią do klasówek, ponieważ nie lubią się uczyć (niezbyt to odkrywcze, wiem). Ostatnio jednak dochodzę do wniosku, że jeśli dzieciak pracuje systematycznie (najlepiej z chęci, nie musu), to wcale nie ma potrzeby poświęcać dodatkowego czasu na szczególne przygotowania do prac kontrolnych (być może jestem niepoprawną idealistką w tej materii).
Biorąc za punkt wyjścia takie spojrzenie na sytuację, musiałam zrewidować moje twierdzenie dotyczące uczuć związanych z klasówkami i poszukać ich negatywnego źródło gdzieś indziej. Jak być może pamiętacie, rozpoczęłam w tym roku przygodę z ocenianiem kształtującym (więcej na ten temat przeczytacie <tu>), więc szybko zaświtała mi myśl, że być może to o ocenę chodzi. Zadałam sobie wówczas pytanie: czy wynik wyrażony liczbą daje uczniowi informację, dotyczącą jego umiejętności? Oczywiście, nie.
Idąc tym tropem rozpoczęłam budowanie sprawdzianów w taki sposób, aby każdemu dziecku dać szansę na odnalezienie swoich mocnych stron, ale też na poznanie obszarów, nad którymi należy jeszcze popracować. Aby łatwiej przekazać informację zwrotną, do każdej sprawdzonej pracy dołączam arkusz oceny, zawierający płaszczyzny podlegające kontroli i stopień ich opanowania/realizacji. 
Jeśli chcecie obejrzeć przykładowe prace, znajdziecie je <tu>. Podzielcie się Waszymi metodami na pracę z ocenianiem kształtującym. Jako neofita w tej dziedzinie, chętnie się zainspiruję ?

zielony ołówek w służbie ortografii

metoda zielonego ołówka

Znacie kogoś, kto lubi pisać dyktanda? Ja też nie. Są jednak sposoby na to, by oswajać ortograficznego potwora. Jednym z nich jest wykorzystanie metody zielonego ołówka.

O metodzie zielonego ołówka słyszałam i przeczytałam bardzo wiele. Ze zrozumieniem podchodziłam do tego pomysłu, jednak sama nie miałam okazji, aby go wypróbować. Do czasu. Momentem przełomowym okazała się niechęć własnego dziecka do pracy nad zgłębianiem zasad pisowni. Mówiąc krótko: Panicz uznał, że nie cierpi dyktand (nie dał się przekonać, że to ważne i potrzebne, aby poprawnie pisać).
W jaki sposób uświadomić dziecku, że jego praca jest wartościowa i nie warto jej porzucać? Najlepiej pokazując, jak wiele już potrafi ? Ćwiczenie zaczęliśmy od przeczytania (cichego i głośnego) krótkiego tekstu zawierającego trudności ortograficzne. W tym celu wyciągnęłam z szafki moja starą książkę z wierszykami, dzięki której własne zmagania wspominam raczej z uśmiechem (wszak to “Ortografia i gramatyka na wesoło” Witolda Gawdzika).
Po zapoznaniu się z fragmentem, przeszliśmy do dyktowania. Ponieważ Panicz dość dobrze radzi sobie z pisaniem ze słuchu, nie trwało to przesadnie długo. Kiedy wszystkie słowa znalazły się w zeszycie, Syn otrzymał zielony długopis i miał za zadanie podkreślić wyrazy, które zapisał poprawnie (porównując własny zapis z tym, który był w książce). Szybko okazało się, że większa część dyktanda jest bezbłędna.
A co z odnalezionymi usterkami? Zaznaczyliśmy je innym kolorem (to nasza wariacja na temat metody, <tu> przeczytacie jak wygląda ona w oryginale). Okazało się, że wkradł się tylko jeden błąd ortograficzny,  a pozostałe dwa to kwestia zjedzenia literki lub łączne zapisanie cząstki “nie” z czasownikiem (takiej wiedzy dziecię może jeszcze nie posiadać). Dla utrwalenia właściwej pisowni Panicz przepisał pod dyktandem słowa, które sprawiły kłopot. 
Co zyskaliśmy? U dziecka przekonanie, że jednak całkiem dobrze sobie radzi. Mam nadzieje, że dzięki temu nabierze więcej pewności siebie i z mniejszą niechęcią podejmie kolejne próby. Poza tym taka praca daje poczucie sprawczości i uczy odpowiedzialności (wszak Syn musiał sam sprawdzić, co wcześniej napisał). A ja sprawdziłam, że metoda rzeczywiście warta jest uwagi i wprowadzenia na zajęcia. Co o tym myślicie?
PS Mam wielka ochotę przygotować jeszcze karty z obrazkami i wprowadzić teatrzyk kamishibai jako ilustrację do ortograficznego wierszyka. Przewiduję dobrą zabawę ?
asia krzemińska

ok, czyli moja przygoda z ocenianiem kształtującym

ocenianie kształtujące

Termin: ocenienie kształtujące, przewija się w mojej głowie od dłuższego czasu. Niby wiedziałam o co chodzi, niby starałam się wprowadzać jego elementy w życie, zwykle jednak pojawiało się jakieś “ale”. Aż, do czasu, gdy…

Sprawdzając ostatnio klasówki moich gimnazjalistów, doszłam do wniosku, że samo omówienie zadań i przedstawianie punktacji, niewiele mówią dzieciakom o ich faktycznym stanie wiedzy. Siadłam nad pracami i zastanawiałam się, jak, w graficzny sposób, pokazać, co już umieją, a nad czym muszą jeszcze popracować. I tak powstał pierwszy arkusz służący ocenianiu kształtującemu ?
Zachęcona łatwością przygotowania, klarownością przekazu i skutecznością oddziaływania, przystąpiłam do tworzenia arkuszy, w których zawarta została informacja dotycząca dłuższych wypowiedzi pisemnych (przykładowe formularze znajdziecie <tu>). Zarówno gimnazjaliści jak i licealiści mają szansę zobaczyć, co w ich wypracowaniach jest w porządku, nad czym muszą jeszcze popracować, a co wymaga zupełnej poprawy.
Nie oznacza to, że zaprzestałam udzielać rad w komentarzach pod pracami. Dołączyłam raczej dodatkowy element, opis, w którym skupiam się przede wszystkim na tym, co jest jest dobre (tak uczeń, jak i ja mamy szansę odkryć wartościowe elementy w każdym wypracowaniu, nawet takim, które pozornie jest do niczego). Wynik liczbowy zszedł na nieco dalszy plan, pozostawiając pole temu, co jest naprawdę ważne – wykazowi zdobytych umiejętności (wybaczcie, ale uważam, że oceny nie są w edukacji priorytetem, choć rozumiem, że ich stawianie, czy otrzymywanie stanowi konsekwencję podjętych przez ucznia i nauczyciela działań).
Po co mi to? Głównie po to, by zachęcić młodych ludzi do pracy nad własnym warsztatem. Z doświadczenia wiem, że lepsze efekty przynosi odwoływanie się do tego, co pozytywne, niż wytykanie niedostatków (oczywiście, należy je wskazać, ale warto skoncentrować się na tym, co już jest wypracowane, by w oparciu o to budować dalej). Poza tym, korzystając z dobrodziejstw oceniania kształtującego, mam niepowtarzalną szansę na zrewidowanie uczniowskiej oceny własnej (każdy z moich podopiecznych może dokonać refleksji nad tym, czy stworzony przez niego obraz własnych umiejętności jest prawdziwy).
A czy Wy korzystacie z oceniania kształtującego? Ułatwia, a może utrudnia Wam pracę? Chętnie poznam Wasze opinie ?

uczniu, sprawdź się sam

karta samooceny

Ferie, ferie i po feriach. Wypoczęci zabraliśmy się z zapałem do pracy. A teraz trzeba tę pracę podsumować. Oprócz pracy klasowej, warto sięgnąć po kartę samooceny.

Sprawdzając klasówki moich uczniów, zaczęłam się zastanawiać, jak oni postrzegają stan swojej wiedzy. Uzupełniają ćwiczenia, piszą wypracowania, ale czy wiedzą, co wiedzą? Aby zaspokoić własną ciekawość i zachęcić młodych ludzi do refleksji, wymyśliłam karty samooceny.
Sprawa przedstawia się następująco. W każdej klasie, która zobowiązana była napisać klasówkę, rozdam spis umiejętności (dopasowany do sprawdzanych treści). Zadaniem dzieciaków będzie zaznaczyć odpowiedzi zgodnie z własnymi przekonaniami.
Następnie oddam ocenione prace kontrolne i poproszę, by uczniowie sprawdzili, czy ich sądy zgadzają się z rzeczywistością (do prac dołączone będą analogiczne karty umiejętności, z tym, że wypełnione przeze mnie). Jeśli nie, będziemy się zastanawiać, z czego różnica taka wynika.
Sądzę, że dzięki takim działaniom uda nam się nie tylko określić słabe i mocne strony uczniów, ale przede zobiektywizować proces samego oceniania. Odnoszę wrażenie, że wiele osób posiada zaburzony obraz własnych możliwości i umiejętności. Warto pracować nad budowaniem tego prawdziwego, by uniknąć przyszłych rozczarowań (a przede wszystkim po to, by wiedzieć, nad czym jeszcze pracować). Zgadzacie się z tym? 
Przykładowy sprawdzian i kartę kontroli znajdziecie <tu>

Narysujmy ocenę, czyli ewaluacja myślograficzna

ewaluacja

Koniec semestru- czas podsumowań, oceny. Skoro uczniowie zbierają noty, to może warto poprosić ich, by i oni wystawili stopnie naszym zajęciom?

Cenię sobie dobry kontakt z uczniami. Myślę, że dzięki dobrej atmosferze i życzliwości jesteśmy w stanie osiągnąć więcej niż “tresurą” (w myśl zasady, że do tanga trzeba dwojga: jeśli młody człowiek nie będzie chciał, nie nauczy się, a nie będzie chciał, jeśli nauka będzie budziła negatywne emocje). Między innymi z tego powodu staram się co pół roku zapytać moich podopiecznych o wrażenia związane z prowadzonymi przeze mnie zajęciami.
Ze względu na to, że bieżący rok upływa pod znakiem myślografii, tym razem karty do ewaluacji zostały przeze mnie narysowane. Co się w nich znalazło? Przede wszystkim ocena, nie tylko samych zajęć, ale również postawy prezentowanej przez uczniów. W części dotyczącej przedmiotu należało opisać ulubione formy pracy, własne zaangażowanie, pomysły na to, co warto byłoby zmienić.
ewaluacja
To jednak nie wszystko. Na drugiej połowie dzieciaki miały za zadanie zapisać swoje szkolne sukcesy, wyszczególnić plany, zmierzyć się z porażką. Znalazło się nawet miejsce na zapisanie marzenia, które zostało zrealizowane i namalowanie autoportretu. Cały zaś fragment poświęcony autoocenie uczniowie odcinali i zostawiali dla siebie. Mam nadzieje, że w ten sposób spojrzą na siebie mniej krytycznym okiem niż zwykle.
Aby wejść w nowy semestr ze świeżą energią i nowym zapałem, postanowiłam również skierować do moich podopiecznych krótkie liściki. Każdy z nich zawiera kilka zdań, w których dziękuję za spędzony razem czas i życzę przyjemnego odpoczynku (nie muszę dodawać, że każda notka jest indywidualna i dedykowana konkretnej osobie). Liczę, że ten drobny gest przywoła uśmiech na nieco zmęczonych uczniowskich twarzach.
Gdybyście mieli ochotę wykorzystać moje karty oceny, bądź napisać listy, szablony znajdziecie <tu>
asia krzemińska

droga przez mękę???

Szkoła, w której pracuję, przyjęła jakiś czas temu niestandardowy system oceniania. Doszliśmy do wniosku, że skala od jednego do sześciu jest dla nas za wąska i postanowiliśmy przejść na wyniki procentowe.
Oczywiście, na koniec semestru, czy roku szkolnego wystawiamy uczniom oceny przyjęte we wszystkich szkołach, ale cząstkowe mamy inne. Dzięki takiemu zabiegowi, podczas zmagań na koniec semestru wiemy, czy nasz delikwent jest bliżej wyższej, czy niższej oceny (w gruncie rzeczy bardzo ułatwia to pracę, obiektywne spojrzenie na osiągnięcia konkretnej osoby). Wraz ze zmianą w ocenieniu postanowiliśmy, że każdy uzyskany przez dziecko wynik będzie miał swoją wagę. To akurat nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem, wszak średnia ważona funkcjonuje w bardzo wielu placówkach. Nowością są jednak sprawdziany semestralne. Monstra, które porażają wagą piętnaście (w przypadku mojego przedmiotu akurat).
Po co takie cudo? I co to w ogóle jest? Odpowiedź jest dość oczywista. Oprócz zwykłych klasówek, które nasi uczniowie są zobowiązani pisać systematycznie w ciągu roku szkolnego, są poproszeni o wykonanie zbiorczej pracy z wiadomości zdobytych w ciągu minionego półrocza (choć powiem uczciwie, że marzy mi się sprawdzian na koniec z całego roku). Co nam to daje? Usystematyzowanie wiedzy dodatkowymi powtórkami. Ale nie tylko. Odwołując się do moich “tańców na piłce” mogę powiedzieć, że po takim sprawdzianie wiem, czy to co robię ma sens. I wiecie co? Okazuje się, że ma 🙂 Średni wynik mojej najbardziej wymagającej klasy to 70 %. Wprost cudownie. Tylko dwie osoby nie uzyskały poziomu zaliczenia (50%, ale w bardzo niewielkim stopniu). Jest też spora grupa osób, która zdobyła 80% i więcej. Dzieciaki wiedzą, że umieją, że opanowali (lub nie) w zadowalającym stopniu materiał. A ja wiem, że potrafię skutecznie przekazać swoją wiedzę.
Czy gdybym miała możliwość usunięcia sprawdzianów semestralnych zrobiłabym to? Nie. Pomimo tego, że mam dużo więcej pracy (w krótkim czasie wszyscy moi uczniowie piszą takie cudo), uważam, że takie sprawdzanie wiedzy jest celowe i potrzebne. Choćby sami zainteresowani mówili inaczej.
PS Przed erą sprawdzianów semestralnych i tak prosiłam, żeby moje szkolne kotki pisały podsumowanie w formie pracy klasowej. Teraz tylko waga spawy jest większa. Więc trzeba się bardziej starać 🙂

wasz belfer

Do domu

źródło: szkola.wp.pl

Być może wetknę tym tekstem kij w mrowisko. Trudno. Bardzo mnie jednak poruszyła ostatnia dyskusja na jednym z forów nauczycielskich, dotycząca prac domowych. Że do domu zadaje się dużo i chętnie, niestety wiem. Że trudno nauczycielom wyobrazić sobie, że nie dadzą ćwiczeń do samodzielnego opracowania, też wiem.

Być może będę niesprawiedliwa, ale uważam, że w większości dodatkowych zadań można uniknąć. Żyjemy w czasach, kiedy samodzielna praca ucznia i tak jest rzadkością. Wróci ze szkoły, włączy komputer i spisze to, czego potrzebuje. Nie zada sobie trudu zastanowienia się nad treścią. Wszystko jedno czy będzie to polski, czy matematyka. I co z tym później zrobić? Jak ocenić wartość takiej pracy? I wreszcie, po co tracić czas i nerwy na udowadnianie najpierw uczniowi, a później jego rodzicom, że to co dziecko zrobiło jest niesamodzielne?

Jestem przeciwnikiem nadmiernych prac domowych. Szkoła jest po to, aby w niej pracować. I dotyczy to zarówno dzieciaków, jak i nauczycieli. O ileż łatwiej byłoby zwalić wszystko na biednego ucznia. Nie rozumiesz- Twoja wina. Widać nie nadajesz się do tego. Nie szukamy problemu w sobie. Wbrew wszelkim zaleceniom nie indywidualizujemy toku zajęć, nie proponujemy różnorodnych form pracy. Dlaczego? Bo to trudne. Bo wymaga naszego większego zaangażowania. Ech. Szkoda gadać. Przy okazji tylko zapominamy po co jesteśmy. Przecież to nie uczniowie są dla nas, ale my dla nich. Czy, skoro nie osiągają sukcesów, myślimy o tym, co jeszcze można zrobić? Czy może mamy w nosie ucznia z jego problemami i potrzebami? Czy widzimy wszystkie dodatkowe godziny, które fundują młodym ludziom rodzice? Dodatkowe języki, basen, karate, jazda figurowa na lodzie i co tam jeszcze tylko wymyślą? Bierzemy to pod uwagę? Większość powie, że to nie nasza sprawa. Owszem. Aż do czasu, kiedy dzieciak zaśnie z wyczerpania na lekcji, a my jeszcze mamy pretensje, że nie zrobił dwudziestu dodatkowych ćwiczeń. Wtedy przychodzi refleksja (najczęściej jednak wynika z niej niezadowolenie skierowane do opiekunów i uwaga w zeszycie z prośbą o zdyscyplinowanie latorośli, ech).
Wracając jednak do dyskusji. Czytając wypowiedzi ludzi wykształconych, takich, które kształtują młode umysły, doszłam do wniosku, że czujemy się lepszymi istotami. Wybrańcami, którzy mówią innym jak mają żyć. Przy okazji nie licząc się ze zdaniem drugiej strony. Czy o to chodzi, aby uczniowie byli grzeczni i spełniali wszystkie nasze polecenia kosztem własnego zdania? Czy nie powinniśmy aby nauczyć myślenia? Korzystania z dóbr dostępnej wiedzy? I jakoś nie przemawia do mnie argument, że nam zadawano i jakoś żyliśmy. A jeśli nie odrobiliśmy zadań, cytując :”dostawaliśmy wciry”. Halo! Czasy się zmieniły. Czemu nie zmieniło się zatem nasze podejście? I tkwimy w jakimś edukacyjnym średniowieczu?
Mam nieodparte wrażenie, że jestem w mniejszości. Nie zadaję na weekend, bo lubię wtedy odpoczywać. Czemu młodzi ludzie nie mają również korzystać z wolnego czasu? Czy zadawanie nie jest przypadkiem zrzucaniem odpowiedzialności? Nie umiesz, bo nie zrobiłeś. Kiedy dla mnie jest też: nie umiesz, bo nie pokazałem Ci jak to zrobić. Nie wytłumaczyłem, nie powtarzałem tak długo, aż zrozumiesz. Oczywiście, żeby móc tak powiedzieć, muszę widzieć pełne zaangażowanie i chęci ucznia. Z moich obserwacji jednak wynika, że kiedy robię coś z pasją, udziela się ona młodym ludziom. I jest łatwiej.
Jestem polonistą. Nie oszukujmy się, czasem zlecam napisanie wypracowania w domu. Ale nie z dnia na dzień i nie na weekend. Jakoś do tej pory system się sprawdza. Uczniowie potrafią wypowiedzieć się na piśmie i nawet zdają dość sensownie egzaminy zewnętrzne. Choć, bądźmy szczerzy, do ideału mi daleko, hehe.
PS W ramach refleksji na zakończenie. Ile przedmiotów mają Wasi uczniowie? I zapewne każdy przedmiot jest najważniejszy na świecie i mają z niego zadawane. Choćby tylko na trzydzieści minut rzetelnej pracy. Dodajcie sobie te minutki. Ładny wynik? Bo mnie się wydaje, że ładny. A teraz siądźcie w sobotę, niedzielę lub nawet piątek i pracujcie przez tyle czasu dodatkowo. Powodzenia 🙂

wasz belfer

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Znalazłeś inspirację? Podziel się!

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Pinterest
Instagram